"Zdrowie tak jak pieniądze zdobywa się w pocie czoła. Aktywność fizyczna i przemyślany sposób odżywiania mogą być przyczyną dobrego stanu zdrowia"


niedziela, 30 grudnia 2007

[110] Reminescencje poświateczne...

Tydzień temu musiałem odpuścić pisanie, bo wiadomo...gorączka przedświąteczna. Wieczorami rekolekcje na "Halach"; więc dobrze, że chociaż udało mi się zrealizować założenia treningowe. 23 - go na cotygodniowym spotkaniu biegaczy punktualnie o 7:09 przywitaliśmy astronomiczną zimę. Wyszło, że zaczęliśmy biegać jesienią (6:30), a skończyliśmy zimą (8:00). W niedzielę od rana, czułem się jakiś nie swój, popołudniu ból głowy i temperatura 39 z kreskami. Myślę co jest ?, przewialo mnie czy co? Wcześniej całą moja rodzinkę po kolei zaatakowała jakaś "jelitówka". Święta za pasem, mówię sobie trzeba działać!! Wysmarowałem się jakimś mazidłem rozgrzewającym, wziąłem aspirynę i hyc do łóżka. Przeleżałem całe popołudnie, spociłem się jak "nurek". Wieczorem myślę; pięknie! jutro wigilia miałem pobiegać, żeby biegać cały rok, a tu jestem cienki jak "pensja robotnika" Rankiem w wigilię, zaraz po przebudzeniu kombinuję biegać, czy odpuścić? Zmierzyłem temperaturę, po śniadaniu 37,3 ! głowa jakaś ciężka; co robić? No i przypomniało mi się jak ktoś z biegaczy twierdził - " co nas nie zabije, to nas wzmocni"!! szybka decyzja, albo wypocę i będzie OK, albo całkiem mnie rozłoży!!! Czterdziestopięciominutowy bieg, a raczej trucht musiał pewnie z boku wyglądać jak na film na zwolnionych obrotach. Najpierw powoli jak żółw ociężale..... lecz im bliżej domu, tym lepiej!! Po treningu ciepła kąpiel, powtórne smarowanie i na wieczerze wigilijną byłem jak nowy! takie jedno popołudniowe chorowanie to idzie znieść, a nie jak kiedyś; jak jeszcze nie biegałem to i tydzień mnie trzymało jakieś choróbsko !! W pierwsze święto planowo bieganie odpuściłem. Ale w drugi dzień świąt; wstałem cichutko jak jeszcze wszyscy spali i przed siódmą wyskoczyłem na świąteczne bieganko. Czterdzieści minut chciałem polatać na swojej stałej trasie, ale jak zobaczyłem przed blokiem, że ślizgawica niesamowita niczym szklanka! nie ryzykowałem!!! tylko zrobiłem kilkanaście kółek na takim moim "prywatnym stadionie" Nie ma to jak poranne bieganie w myśl zasady: "najpierw bieganie, potem śniadanie"! Po powrocie kąpiel, człowiek jakiś lżejszy, nawet nie czuje się pojadania w poprzedni świątalny dzień!! Święta, święta i po świętach!! Więc wczoraj tradycyjne biegackie spotkanie, ostatnie w tym roku!! W zasadzie miałem odpuścić z racji dzisiejszego startu w Grand Prix Blachowni, pomyślałem jednak; ostatnie spotkanie  w 2007 roku okazja do złożenia życzeń kolegom biegaczom, więc trzeba zaliczyć!! I tu niespodzianka; Verdi przyniósł fajerwerki, więc nasze spotkanie miało prawie noworoczną oprawę. W Blachowni i tak planowałem pobiec rekreacyjnie, bo przecież jeszcze nie jestem w toku normalnych treningów. Po listopadowym okresie regeneracyjnym dopiero po Nowym Roku zaczynam planowe przygotowania do nowego sezonu. Z drugiej strony jak nie być na tak fajnej imprezie jak: Biegi przełajowe u Jacka Chudy. Tym bardziej, że zaliczyłem wszystkie wcześniejsze edycje /wiosna, lato, jesień/ i z dzisiejszym finałowym Biegiem Sylwestrowym mam komplecik! Bardzo lubię bieganie w Blachowni; fajna trasa, bardzo dobra organizacja, a co najważniejsze niezwykle sympatyczni i życzliwi ludzie....Uważam, że wszystkim którzy przyczynili do zorganizowania Biegów w Blachowni należą się słowa uznania i podziękowania!!!! BRAWOOO!! Niesamowite przed chwilą  katowicka trójka pokazała relacje z biegu, oraz krótki wywiad z Jackiem !!!Myślę, że dużym wsparciem dla organizatorów jest.... biegający, przesympatyczny ksiądz z miejscowej parafii. No, a wiadomo łatwiej pokonywać przeciwności z Bogiem.... Modlitwa i błogosławieństwo księdza przed startem widać też wspiera nas biegaczy, bo kontuzje omijały startujących. A jeszcze zapomniałem - ekstra medal i dyplom, smaczny żurek z kiełbaską, a i napój "regeneracyjny"..... same plusy z plusem.!! Dziś też z racji chłodu /zimowego/, bo atmosfera na imprezie gorąca!!! należy docenić ludzi z obsługi trasy!!! Nam biegaczom w trakcie biegu ciepło, a ONI stoją cały czas i marzną byśmy mogli sobie pohasać po lesie.... Brawo!!
W tym okresie szczególnym, bo przecież Boże Narodzenie to czas niezwykły! Jedna rzecz nie daje mi spolkoju; co rusz media informują: to tu to tam przygotowano kolację wigilijną dla bezdomnych. Były pierogi, kapusta z grochem i inne specjały świąteczne!!! tylko dlaczego te kolacje organizuje się kilka dni, a nawet tydzień przed... Świętami!!! Czy to święta karpia i kapusty?.... nie ważne kiedy, byle tylko wydać tradycyjne potrawy!!? Zawsze wydawało mi się, że Ci ludzie najbardziej przeżywają wieczór Wigilijny 24 grudnia kiedy widzą w oknach świecące choinki, zgromadzonych wokół stołu ludzi, słyszą śpiewane kolędy...... To wtedy pewnie ogarnia Ich żal..... czy organizowanie takich przed wigilijnych wigilii nie jest tylko uspokojeniem sumienia?, no przecież zrobiliśmy im wigilię !!!! Ale czy samym chlebem człowiek żyje!?.... Ktoś pewnie powie, dobra ale organizujący te wigilie mają rodziny i też chcieliby je spędzić w rodzinnym gronie! Ten argument mnie jednak nie przekonuje, bo lekarze, policjanci, hutnicy i inni ludzie pracujący w ruchu ciagłym by nie chcieli?!
Dziś się rozpisałem, ale to będzie już na zaś, bo prawdopodobnie przez pewien czas będę odłączony od "sieci" więc następne posty.... już wkrótce "za rok"...... a na Nowy Rok zdrowia, wszelkiej pomyślności, spełnienia marzeń i szampańskiej zabawy sylwestrowej!!!!

sobota, 15 grudnia 2007

[109] Symfonia G-dur nr 88 Josepha Haydna...

W ostatnich siedmiu dniach cztery treningi biegowe i jeden gimnastyki. Pogoda zmienna, a od wczoraj zimowa. Dzisiaj cotygodniowe spotkanie biegaczy: miał paść "rekord" frekwencji, ale niestety - jeszcze nie tym razem! Wczoraj moja lepsza połowa zabrała mnie do filharmonii, żebym całkiem nie zdziczał na tych polnych drogach i leśnych ścieżkach. W programie w/w symfonia, solo w koncercie C-dur na obój i orkiestrę tego samego kompozytora, oraz "Dziadek do orzechów" Piotra Czajkowskiego. MLP akceptuję moją pasję, jeździ ze mną na zawody ( menadżer, trener, kierownik, cały sztab w jednej osobie) Więc ja też towarzyszę Jej tam gdzie może zaspokoić swoje zainteresowania. Lubię muzykę, podśpiewuję nawet nie tylko przy goleniu; ale bardziej taką łatwą i przyjemną. Nie wiem czemu, lecz na koncertach muzyki poważnej muszę walczyć.........z ogarniająca mnie sennością!! Nie za bardzo rozumiem ten rodzaj muzyki, choć przyznaję jest kilka utworów, które bardzo mi się podobają m.in. Bolero Ravela... i parę innych. Mój odbiór tych muzycznych wydarzeń jest chyba lekko wypaczony, albo inaczej mówiąc sportowy. Nie mogę wyjść z podziwu jak równiutko ciągną smyczkami skrzypkowie /niczym pacemakerzy/, jak oboista wie kiedy pociągnąć solo /niczym doświadczony biegacz/, itp itd... Nudzić się, nie nudzę, bo ciągle żyję nadzieją, że wreszcie któryś te skrzypki "przepiłuje". Swoją drogą to trzeba mieć chyba niezłą parę w płucach żeby zagrać na takim oboju; tak mi się przynajmniej wydawało kiedy patrzyłem na tego muzyka. Z muzyką myślę to jak z bieganiem- trzeba to lubić, pasjonować się graniem!? Bo granie tylko dla kasy raczej nie ma sensu. Znaczy pewnie ma, ale sukcesów osiągnąć się nie da. Albo dyrygent; obserwowałem tego człowieka z zainteresowaniem, bo niczym wybitny trener - strateg baczył na każdego członka orkiestry.By w odpowiednim momencie poderwać do boju. No i znowu po sportowemu...   Bardzo cenię ludzi którzy żyją "czymś"! dla których jakaś "działka" jest swoistym wyzwaniem, sprawdzeniem się, dążeniem do doskonałości !!... Orkiestra jak...drużyna, na pewno wspólnie dużo "trenuje" a  poszczególni "zawodnicy" może też ćwiczą jeszcze indywidualnie ?? Jestem pewny!!! Czyli konkluzja końcowa; muzyka jest bardzo sportowa!!!....

niedziela, 9 grudnia 2007

[108] Więcej niż dwóch...

Przeczytałem dziś w "Bieganiu" że jutro mija 25 rocznica śmierci Tomasza Hopfera. Sportowca, dziennikarza, prawdziwego miłośnika sportu, niezwykłego - pozytywnie zakręconego człowieka.....
  
Tydzień minął z czterema treningami, więc powoli wracam do normalności /5xtyg/ Na razie to jeszcze niezbyt intensywne biegania ok 50-60 min w tempie lajtowym. Trochę żałuję, że nie ma śniegu! Lubię biegać po białym. Zwłaszcza, że biały puch wymusza ostrożne stąpanie, a co za tym idzie wolniejszy bieg. Bo kiedy biegam sam "ponosi mnie" i muszę się stopować, by nie biegać za szybko. Nie ma problemu w soboty kiedy biegamy razem na Bialskiej. Trochę gadamy, żartujemy i wtedy nie "wchodzę na wyższe obroty" Wczoraj było naprawdę super, bo..... w alei Brzozowej biegaliśmy w czwórkę!!! Po za dyżurnymi /czyt. Verdi i ja/ zjawili się jeszcze Jaq i Manitou7. Dawno nie widzieliśmy się z Kubą, więc fajnie było znowu z pogadać. Manitou7 biegał z nami po raz pierwszy, ale od razu jak to biegacze znaleźliśmy wspólny język. Mówią: *więcej niż dwóch to już banda*.... Ale jak wkrótce dołączą Boru i Fotogut, a namyśla się jeszcze Bardo; to będzie z nas niezła paczka. Jest więc nadzieja, że po niedługim czasie częstochowska grupa biegaczy na tle innych miast nie będzie już "ubogą krewną" W Blachowni Jackowi już się udało i zbierają się na współne biegania nie tylko w niedzielę ale i w tygodniu. Apropo Blachowni za trzy tygodnie bieg sylwestrowy czyli Finał Grand Prix ....

niedziela, 2 grudnia 2007

[107] Szkoda gadać...

Zacznę z innej beczki. Wróciłem z przysięgi wojskowej mojego chrześniaka i jestem w szoku.... W czasie grania Hymnu Państwowego wciągana jest na maszt Flaga Państwowa, a ludziska.......gadają, śmieją się. Co niektóry facet nawet nie łaskaw zdjąć czapki!!!! kobitki się chichrają w najlepsze!!! Pełen luz jak na pikniku, a przecież kilkadziesiąt lat temu niejeden z naszych rodaków oddał życie, żeby dzisiaj była Polska i nasza Biało-czerwona mogła powiewać nad naszymi głowami. Szkoda gadać!! Nie ma dla ludzi żadnej świętości. Biało-czerwone barwy niektórym spowszedniały; robi się transparenty na imprezy sportowe: skoki narciarskie, mecze. Umieszcza się napisy z nazwiskami sportowców, nazwy miast, klubów i inne.... Niedługo jak w ameryce będą sobie szyć gatki w barwach narodowych. Tragedia!!!!!
Druga sprawa, kiedyś przysięga była nie po trzech tygodniach służby, ale chyba po sześciu i widać różnicę w przygotowaniu wojska. Przemarsz /poprzednio w mundurach wyjściowych/ a nie jak teraz niby wyjściowych polówkach to była defilada. Mało tego, byłem w poborze jesiennym, ale jednostka była odwalona na przysięgę  jak "szczur na otwarcie kanału" liścia trudno było uświadczyć.!!! A dziś......
A teraz o przyjemnościach. Zacząłem powrót do normalnych treningów; Na razie 3 x tygodniowo, a docelowo jak poprzednio sześć. W piątek bieganie w zimowej scenerii, natomiast dziś.... niespodzianka Niedzielny Bieg Przełajowy w Blachowni, przy pięknej jesienne pogodzie! Rok temu 26 listopada Jacek Chudy zorganizował pierwszy taki bieg. Przez ostatnie dwanaście miesięcy miłośnicy biegania z Blachowni, spotykali się nie tylko na niedzielnym joggingu, ale także w miare mozliwości w tygodniu. Jak sami piszą na stronie Katolickiego Klubu Turystyki Aktywnej / http://www.kkta.euronet.net.pl/?p=419 / "Zawiązały się znajomości i przyjaźnie. Powstała mała społeczność, która postanowiła skromnie uświetnić ten jubileusz" Ponieważ to bardzo życzliwi, sympatyczni i otwarci ludzie na dzisiejsze bieganie zaprosili znajomych, przyjaciół oraz osoby wpierające organizację Grand Prix Blachowni. Kiedy dowiedzieliśmy się z Verdim o zaproszeniu poczuliśmy się zaszczyceni i stwierdziliśmy, że nie sposób odmówić. Decyzja zapadła szybko - jedziemy. Po bardzo miłym  przywitaniu, bieg duktami blachowieńskich lasów; a potem spotkanie przy stole z poczęstunkiem. W gronie fajnych ludzi / których nie będę starał sie wymieniać, aby kogoś nie pominąć /z pokazem zdjęć z kolejnych edycji grand prix. W dobrym towarzystwie świetnie się rozmawia, ale czas leci nieubłaganie i nadchodzi pora się żegnać... Cieszę się, że mogłem poznać bliżej ludzi, których wcześniej znałem tylko "z widzenia" na zawodach. Dziękuję wszystkim uczestnikom dzisiejszego spotkania za miłe towarzystwo, pozdrawiam serdecznie i życzę zdrowia, wszelkiej pomyślności oraz kolejnych jubileuszy biegowych.......

niedziela, 25 listopada 2007

[106] Przyjedź mamo na przysięgę..

Ubiegły tydzień to ostatnie dni leniuchowania. Gimnastyka we wtorek i czwartek oraz sobotnie truchtanko z Verdim na Bialskiej to jednak nie to co regularny trening pięć dni w tygodniu. Efekty już widać; przybyło mi na wadze ok. dwóch kilogramów, a w ogóle jestem jakiś taki rozdrażniony, senny, marudny i rozlazły.....jakby jesienna depresja. Wychodzi, że poziom endorfin /czyli hormonów szczęścia, które wydzielają się podobno w czasie biegania/ spadł do zera. Od jutra więc zaczynam stopniowy powrót do normalnego biegania. Na razie dwutygodniowy okres wprowadzający; Poniedziałek, środa, piątek lekkie bieganko; wtorek i czwartek gimnastyka; A w sobotę..... niestety nie będę mógł jak co tydzień pobiegać z Verdim po Bialskiej. Już wcześniej zameldowałem Verdiemu, że drugiego grudnia jadę do chrześniaka ( też biegacza) na przysięgę. Mój "dowódca" biegowy urlopował mnie ze sobotniego spotkania i w sobotę jedziemy; Adam pewnie tam już sobie podśpiewuje: "przyjedź mamo na przysięgę".... trenując "chodzenie" musztrę i szykując wszystko na wysoki połysk. Cieszę się, że będę mógł być z Nim w tej ważnej dla każdego żołnierza chwili. Fajnie będzie też przypomnieć sobie jak przed laty / jejku...dwadzieścia siedem lat temu.... - niemożliweeee/ było się "po tamtej stronie" Wracając do biegania zaczynam myśleć o planie treningów i przygotowaniach do wiosennych startów. Prawdopodobnie maraton wrocławski zostanie przełożony na jesień, więc chyba zamiast w kwietniu do Wrocławia w wybiorę się czwartego maja do Krakowa. Trzeba by jeszcze wypatrzeć jakąś połówkę przed Cracovia Maraton!??. No, ale to "za rok" czyli w 2008. W tym roku jeszcze u Jacka Chudy finał grand Prix Blachowni czyli Bieg Sylwestrowy /30.XII /     http://www.kkta.euronet.net.pl/?p=467  Zimą jeszcze nigdy nie startowałem w zawodach. Tym razem jednak  nie zakładam ścigania, pobiegnę rekreacyjnie, bo jak w tej reklamie znanej marki piwa - "aż żal się spieszyć"!!... A poważnie mówiąc; to początek przygotowań, warunki terenowe też mogą być trudne więc odpukać w niemalowane, plując przez lewe ramię o kontuzje nietrudno!!! Odnośnie wojska w tym tygodniu dostałem od WKB Meta; dyplom i komunikat końcowy z XI Biegu o Nóż Komandosa. Jak zawsze szybko, sprawnie, świetnie zrobione rzecz można... po wojskowemu. Teraz się odmeldowuje i biegnę na losowanie MŚ w piłce nożnej...

niedziela, 18 listopada 2007

[105] We dwóch raźniej ...

Po raz drugi, w sobotę biegaliśmy tylko we dwóch z Verdim. "Tylko" może to źle powiedziane, bo po pierwsze "we dwóch zawsze raźniej" Po drugie od Verdiego można dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o bieganiu. A po trzecie utrzymujemy termin spotkania biegaczy. Do niedawna na treningach biegałem zawsze samotnie i jakoś mi to nie przeszkadzało, teraz jednak doceniam; co to znaczy mieć bratnią duszę. Bardzo szybko też przestawiłem się na poranne bieganie w soboty; nawet nie potrzebowałem tym razem budzika. Obudziłem się, spojrzałem na zegarek 5:10, myślę jeszcze czas?! Ale perspektywa zbliżającej się przyjemności pobiegania uwalnia mnie z objęć Morfeusza. Toaleta, gorąca herbatka, coś na gryza, rozgrzewka i 6 z minutami na dwór lub jak to mówią w Krakowie - "na pole" trochę truchtu i heja na miejsce zbiórki. O tej porze roku to jeszcze ćmok, co widac na załączonym obrazku:  
Ale są i dobre strony, mały ruch, czyste krystaliczne choć dość mroźne powietrze i widok budzącego się do życia miasta. Co prawda (podobno jest prawda i g..... prawda) moi najbliżsi jak widzą w piątek wieczorem, że  nastawiam budzik, szykuję  na rano ciuchy biegowe patrzą po sobie znacząco !!! Kiedyś nawet orzekli, że to już nie jest uzależnienie, ale......zboczenie, - latać w środku nocy. Fakt, że wstaję po cichutku i jak wychodzę to jeszcze przewracają się na drugi bok i kimają w najlepsze!! W minionym tygodniu dalej laba od biegania nie licząc sobotniego wyjścia. Żeby jednak  całkiem nie zardzewieć we wtorek i czwartek solidna porcja gimnastyki, no a codziennie oczywiście mój "zabieg" kolankowy. Chyba kiedyś wspominałem o ćwiczeniu poleconym mi przez pewnego chirurga? Niektórzy mówią; bzdury!! ale mnie to pomogło i od kiedy ćwiczę regularnie nie mam problemów z kolanami. O co chodzi?! Już wyjaśniam; Pan doktor badał moje kolano, oglądał rtg itd / wie że biegam/ powiedział mi tak: stawy bardzo lubią ruch ( temu służą m.in. ćwiczenia rehabilitacyjne) ale bez obciążenia!!! "Więc wieczorami jak siedzi pan przed TV, zamiast w fotelu siądź pan na stole i machaj nogami. Na przemian lewa-prawa, trochę obiema naraz w sumie pól godziny. Wiem, wiem kilka dni pan poćwiczy i zapomni!" Jednak pan doktor mnie nie doceniał, bo jak się zawezmę to jak ta żaba; "mam być sucha będę sucha" !! Porada miał miejsce w styczniu br. W maju bez żadnych problemów ze strony kolanka debiutowałem w maratonie mbanku. Gdzieś w lipcu przyznaje się bez bicia "zabieg" odstawiłem sądząc, że dolegliwości minęły bezpowrotnie. Ponieważ zaraz kolanko się odezwało powróciłem prędziutko do ćwiczeń, by w październiku w Poznaniu  bez kłopotów w dobrej formie zrobić życiówkę. Co niektórzy się śmieją ! wiem. Ale mnie pomaga; Placebo ili jakiś inny czort grunt że mogę biegać!!! A to najważniejsze !!!! Jeszcze tydzień laby od biegania i wracam do normalnych treningów bo mnie już pięty palą. Zawiedziony jestem tylko, bo doszły mnie słuchy jakoby maraton wrocławski w przyszłym roku przymierzany był na jesień?!! A ja planowałem Wrocław na wiosnę!?


cześć, masz naprawdę bardzo fajnego bloga, po prostu ...

... super. Zapraszam do mnie http://i--and--my--world.blog.onet.pl/

nulka5 2007-11-24 14:51

sobota, 10 listopada 2007

[104] Po raz pierwszy...

Dziś obudziłem się o piątej spojrzałem za okno.... i myślałem, że jeszcze śnię. Wiedziałem, że dzisiejsze bieganie będzie w scenerii zimowej, bo synoptycy zapowiadali już od kilku dni opady śniegu.  Ale zadymka, a właściwie śnieżyca zaskoczyła mnie zupełnie. Przez chwilę pomyślałem no będziemy dziś z Verdim wyglądać jak dwa bałwany. Ale przed szóstą opady ustały i jak biegłem po szóstej na miejsce zbiórki przy Bialskiej było cudownie; Świeżutki puch pod stopami, fantastycznie oszronione gałęzie drzew i świadomość, że to pierwsze zimowe bieganie w tym sezonie. Dziś i jutro w całym kraju odbywa się ponad 50 imprez biegowych z okazji Narodowego Święta Niepodległości. Niestety w naszym mieście nie ma takiej możliwości, a najbliżej można było wystartować w Radomsku lub Lublińcu. Dlatego razem z Verdim postanowiliśmy sami zrobić sobie towarzyski Bieg Niepodległości. Ponad godzinny bieg zaśnieżonymi drogami /za Sanktuarium Krwi Chrystusa/ był po prostu pierwsza klasa. Zimowa sceneria, momentami opady śniegu, spotkanie z sarnami i samotnym biegaczem któremu towarzyszyło piękne psisko oraz "tropy" nieznanego biegacza na śniegu to wszystko sprawia, że warto wyskoczyć  z "wyrka" na  wczesno poranne bieganie. Dzisiaj nie tylko po raz pierwszy biegałem zimową porą, ale też pierwszy raz tej zimy zaliczyłem "glebę" i to prawie w tym samym miejscu co w ubiegłym sezonie. Na szczęści lądowanie było miękkie, spodnie całe, kości też; jedynie "skasowałem" rękawiczki. Upadek zaliczony, więc już spokojnie można biegać, bez obaw, że się przewrócę. Wszystko to przez oglądanie się na "boki"; Najpierw zauważyłem, że z samochodu na rejestracji lublinieckiej pozdrawia mnie prawdopodobnie jakiś biegacz, no bo kto mógłby inny? potem zerknąłem na przechodząca "minióweczkę" i bach !!! A żeby było śmiesznie to na sam koniec biegania!  prawie tuż pod domem! W tym tygodniu biegałem tylko dwa razy całkowicie na luzie. Po niedzieli jeszcze  odpoczywam, a potem powolutku wracam do normalnego treningu, bo czuję, że rdzewieję!! Na razie studiuję materiały, które dał mi Verdi i próbuje "skroić" dla siebie jakiś plan biegowy. Gdzieś chyba u Jerzego Skarżyńskiego wyczytałem, że bieganie nawet według najgorszego planu jest lepsze od biegania bez planu?!?!......

sobota, 3 listopada 2007

[103] "Dobrze naoliwiona maszyna"...

Do tej pory "chodziłem" jak dobrze "naoliwiona maszyna", pięć-sześć treningów tygodniowo i wszystko "działało" Teraz kiedy wyluzowałem, co by odpocząć i zregenerować się 'tu mnie szczyka, tam mnie rwie' W tym tygodniu trzy wyjścia, piszę wyjścia, a nie treningi bo i bieganie całkiem lajtowe. Wczoraj "wszedł" mi jakiś ból w kolano, dziś znowu coś mnie strzyka w biodrze. Gdybym to jeszcze nagle odstawił bieganie pomyślałbym normalne! Przecież z uzależnieniem podobno tak jest, że "na głodzie" organizm się buntuje!!! Mniej biegania, więcej czasu dlatego w minionym tygodniu dwa razy gimnastyka, żeby nie zardzewieć.. Dziś na Bialskiej mieliśmy drugie spotkanie, niestety tylko w trzyosobowym składzie. Może niektórych przeraża dość wczesna pora /6:30/ albo myślą, ze biegamy za szybko? Szkoda jak czytam o grupach biegaczy w Warszawie, Poznaniu, Opolu i innych miastach gdzie zbiera się po kilkunastu biegaczy - myślę to musi być fajne! Skoro nas było tylko trzech, a już klimat był całkiem inny. Jeden coś powie, drugi zażartuje, no i wymiana doświadczeń jest bezcenna. Takie poranne bieganie ma też pewien urok; dopiero się rozwidnia, opadająca mgła oprócz swoistego czaru, siada na twarzy i w naturalny sposób nawilża skórę. Aleja Brzozowa czyli Bialska praktycznie o tej porze bez ruchu pojazdów, więc powietrze pachnące jesienią i samo piękno tej drogi; (chyba jedynej takiej w naszym mieście) rekompensuję wcześniejszą pobudkę. Ponadto po takim rannym bieganiu, kiedy już się wykąpię i zjem śniadanko, przypływ energii nie tylko fizycznie ale i mentalnie pozwala mi brać się z życiem "za bary"...

niedziela, 28 października 2007

[102] Spotkanie na szczycie...

Czas kończyć sezon biegowy A.D.2007. Bardzo udany zresztą, bo udało mi się poprawić wyniki z ubiegłego roku na każdym dystansie. Więc w minionym tygodniu cztery lekkie dni biegowe, a w nadchodzącym tylko trzy. Po roztrenowaniu czas regeneracji i odpoczynku od biegania. Nie oznacza to całkowitej abstynencji biegowej, pewnie co kilka dni jakieś truchtanko się zdarzy..... W końcówce listopada powrót do treningów i ładowanie akumulatorów, czyli budowanie bazy. Na razie w listopadzie planuję więcej gimnastyki siłowej, jakiś basen, rowerek, a może i pogram z chłopakami na sali?... Wczoraj udało się doprowadzić do spotkania biegaczy odwiedzających forum grupy AHEAD Częstochowa na biegajznami.pl. Stawiło się pięciu pasjonatów /Verdi, Żywiec, Boru, Fotogut  i niżej podpisany/ Miłośnikom biegania nawet nie przeszkadzała dość wczesna pora. A 6:30 przed zmianą czasu to jeszcze ćmok na dworze. Biegnąc na spotkanie tuż po szóstej na odcinku Bialskiej gdzie nie ma oświetlenia miałem wrażenie jakbym miał zasnąć. Przed siódmą zrobiła się już szarówka, więc zanim ruszyliśmy było już OK. Biegam  samotnie, więc takie bieganko w towarzystwie jest całkiem fajne i myślę przydatne. Podczas biegania trochę pogadaliśmy o imprezach, własnych doświadczeniach i nim obejrzeliśmy się strzeliła godzinka z hakiem. Na razie wstępnie umówiliśmy się ponownie za tydzień i zobaczymy co z tego wyniknie. Może uda się pomnożyć liczbę uczestników spotkania?!. Widać na co dzień o różnych porach, że i w naszym mieście rozkwita moda na bieganie. Może nie wszyscy maja dojście do netu, może nie wszyscy wiedzą o takich stronach jak biegajznami, albo po prostu nie czują potrzeby integracji! Wspólne treningi mają wiele zalet, ale i wad: trudno dograć dogodny dla każdego czas no i poziom wytrenowania u każdego jest inny. Jednak towarzyskie bieganie co jakiś czas, może skonsolidować ludzi o podobnych zainteresowaniach. A wiadomo w jedności siła. Bardzo dużo jest prężnych grup biegowych, których członkowie nie tylko wzajemnie się wspierają, ale nawet organizuja imprezy biegowe. Do niedawna w naszym mieście można było w określone dni korzystać bezpłatnie z bieżni na stadionie lekkoatletycznym. Niestety komuś przyszło do głowy, że "darmo to umarło" i godziny za friko skasowano. Może więc gdyby częstochowskie lobby biegaczy było silne to udałoby się wywalczyć przywrócenie darmowych wejść na CKS. Z tego co wiem jeden z biegaczy pisał maila w tej sprawie do MOSiR-u, ale oczywiście nawet nie raczyli odpowiedzieć! *Polska to dziwny kraj* jak mówi Zulu Gula !!! Transmisje orange ekstraklasy w telewizji kodowanej, wejscie na bieżnie płatne, tu zakaz gry w piłkę, tam jazdy na rolkach; a potem lament; młodzi ludzie tylko wystają pod blokami, pija piwo, maja nadwagę, łobuzują itd itp...... a czyja to wina??!!!! W Czechach można zobaczyć mecze ligowe w otwartej telewizji. Jak były mistrzostwa bodajże w Korei też leciały wszystkie mecze, a u nas.......tylko kadry; reszta Polsat sport!!!!! kiedyś mówiło się sport nie tylko ćwiczy ciało, ale uczy i wychowuje!!!!  A teraz liczy się tylko kasa!!?????????

niedziela, 21 października 2007

[101] Przyjemne z pożytecznym...

 Tydzień temu  8 Maraton Poznański przeszedł do historii, a ja wciąż jestem pod wrażeniem tej kapitalnej imprezy. Zadowolony jestem  z wyniku i cieszę się, że ten maraton mnie "nie sponiewierał." Ktoś powiedział, że drugi maraton może okazać się o wiele trudniejszy. Ponoć debiutanci traktują ten dystans z większą pokorą i respektem. W moim przypadku za drugim razem biegło mi się o wiele łatwiej /na  pewno sprzyjająca aura też miała wpływ/ ale ojcem sukcesu było na pewno solidne przygotowanie. Po debiucie czułem ten dystans w kościach. Teraz już w poniedziałek półgodzinki potruchtałem (po debiucie dwa dni wolnego), we wtorek pokręciłem na rowerku stacjonarnym, a w środę zrobiłem solidną porcje gimnastyki. W czwartek siedem dziesięciominutowe łagodne wybieganie, i w piątek wolne z ośmiokilometrowym marszem. A wczoraj już........  nie wytrzymałem i pojechałem do Chorzenic. Trudno sobie odmówić zwłaszcza kiedy otrzymuje się osobiste zaproszenie od dyrektora zawodów!!!! Po drugiej edycji Biegu i Chodu Sportowego - "Dziękując za Polskę" pod patronatem Roberta Korzeniowskiego; dyrektor, główny pomysłodawca i "lokomotywa" imprezy  obiecywał, że da znać o kolejnym biegu i nie zapomniał.!!! Impreza kameralna, ale ciekawa, bo łączy przyjemne z pożytecznym. Już wcześniej głoszono, że impreza "Dziękując za Polskę" organizowana jest dla uczczenia Dnia Papieskiego i Święta Niepodległości. W tym roku doszło wspomnienie bitwy pod Nieznanicami-Kruszyną podczas Powstania Styczniowego, ale po kolei....  Otwarcie imprezy miało bardzo uroczysty charakter. Po powitaniu wszystkich przybyłych przez organizatorów, na placu przed OSP Chorzenice przy dźwiękach hymnu państwowego została wciągnięta na maszt Flaga Państwowa. Następnie dyrektor zawodów Pan Andrzej Borkowski przedstawił program imprezy i rozpoczęła się część sportowa. Biegi odbywały się na dystansie od 600 metrów dla najmłodszych do 2000 metrów w kategorii open. Natomiast chód sportowy na trasie półtora kilometra. Bardzo sprawnie przebiegały starty kolejnych grup wiekowych, chyba dlatego, że  było dość chłodno. Jednak orgowie mają "chody w niebie" bo aura okazała się łaskawa, nie padało no i świeciło słoneczko. Po zawodach wszyscy za dziękuję mogli zjeść żurek z kiełbasą i wypić gorącą herbatę. Już niewiele jest takich imprez, gdzie bez pobierania wpisowego organizatorzy przyjmują gości ze staropolską gościnnością - "czym chata bogata" i chwała Im za to !!!! Po podliczeniu wyników przy scenie zgromadzili się zaproszeni gośćie, zawodnicy, kibice i ..... asysta honorowa w składzie; poczty sztandarowe OSP, Regiment Kosynierów im. Tadeusza Kościuszki z Połańca i Drużyna Artylerii im. księcia Adama Czartoryskiego ze Staszewa. Na wstępie przedstawiono rys historyczny o Powstaniu Styczniowym i lokalnych działaniach niepodległościowych Polaków. Następnie Orkiestra OSP odegrała Rotę, a harcerze złożyli wiązanki kwiatów przy tablicy upamiętniającej Powstańców zamordowanych w chorzenickim dworze przez zaborców. Kolejny punkt programu to dekoracja zwycięzców, wręczanie pamiątkowych dyplomów i nagród. Oprócz grup wiekowych uczniów i podziału na biegi dziewcząt i chłopców w kategorii open wśród pań i panów sklasyfikowano też najlepsze rodziny (minimum 2 osoby). Po tej bardzo sympatycznej części, czekało jeszcze na wszystkich niezwykle ciekawe wydarzenie..... Na pobliskiej łące wspomniani wcześniej: regiment kosynierów i drużyna artylerii zaprezentowali plenerową inscenizację: wspomnienie Bitwy pod Nieznanicami-Kruszyną. Chorzenicka impreza to dowód, że można połączyć przyjemne z pożytecznym!!!!Zadziwiające, że coraz częściej niewielkie miejscowości (nie posiadające takiego potencjału osobowego i finansowego jak duże miasta) potrafią się zmobilizować i zrobić coś naprawdę fajnego. Dlatego wszystkim, którzy przyczynili się do jej organizacji należą się słowa uznania i wielkie brawa!!!!!.

wtorek, 16 października 2007

[100] Bez "ściany"... 3:56:28 !!!

Sezon biegowy 2007 można uznać za zakończony. Zwłaszcza, że był bardzo udany. Udało mi się w tym roku poprawić "życiówki" na 3; 5; 6; 10 i 13 kilometrów oraz te najważniejsze czyli w maratonie i półmaratonie. Cieszę się, że systematyczna praca na treningach dała taki efekt. Start w ósmym Maratonie Poznańskim planowałem od dawna. Przygotowywałem się solidnie, ale na początku października zaczęły piętrzyć się trudności i wyjazd stanął pod wielkim znakiem zapytania. Ostatecznie stanęło na tym, że do "stolicy kwitnącego ziemniaczka" pojadę bez mojego teamu. Dodatkowym wyzwaniem miał być nocleg "zbiorowy" na hali sportowej (debiut). Zaopatrzony w blankiet zniżkowy na PKP nabyłem bilet /swoją drogą połączenia kolejowe są koszmarne/ i "skokami" (z dwoma przesiadkami) udałem się do Pyrlandii. Na miejscu już na dworcu zostałem mile zaskoczony. Wszędzie plakaty zapraszające do punktu info w holu głównym. A tam sympatyczna dziewczyna rozdaje mapki Poznania i tłumaczy jak dojechać na Maltę, gdzie zlokalizowano biuro maratonu itd. itp. Na miejscu sprawna weryfikacja, pobranie chipa, pakietu startowego, no i oczywiście pasta party. Potem Targi Expo i heja do miejsca zakwaterowania t.j. hali "Arena" Już w drodze na Maltę "zgadaliśmy się" z maratończykiem z Warszawy Zenkiem, który już w Poznaniu startował. Trzymaliśmy się od tej pory razem w myśl zasady "we dwójkę zawsze raźniej" Zenek na nie jednej hali przed zawodami już spał, więc udzielił mi kilka wskazówek jak przeżyć tę "szkolę przetrwania". Po jako takim zagospodarowaniu obejrzeliśmy połówkę meczu Polska - Kazachstan i zdegustowani niemocą biało czerwonych poszliśmy szykować się lulu, żeby nie zepsuć w sobie pozytywnego nastawienia do walki z "królewskim dystansem" Wynik meczu poznaliśmy bez oglądania, bo po każdej bramce dochodziły do nas z jadalni okrzyki euforii. Spanie na tak wielkiej hali na karimacie, w śpiworze i niezbyt dogrzanej to naprawdę wyzwanie dla twardzieli. Na hali był praktycznie jeden wielki biwak, biegały dzieci, rodzinki potworzyły "grajdoły" a pojedynczy spacze-biegacze układali się we wszystkich możliwych miejscach. Podziwiam tych którzy spali na samych "dechach" bez żadnego materaca, czy śpiwora; przykryci jedynie kurtką. Rano wstałem dużo wcześniej, ale i tak były problemy z ......toaletami. Samo spanie takich warunkach można przełknąć, ale kolejki do toalety i poganianie się to dla mnie zbyt duży dyskomfort. Ale jakoś wszystko się udało. Po śniadanku pobiegłem do kościoła na Msze Świętą i o 8:30 autokary /pilotowane/ zawiozły nas na Maltę. Naprawdę jestem pełen podziwu dla organizatorów, wolontariuszy i wszystkich którzy dbali byśmy biegacze zostali sprawnie obsłużeni. Na miejscu tradycyjnie jak zawsze przebieranie, pakowanie rzeczy, oddawanie depozytu, rozgrzewka i na start. Praktycznie ruszyliśmy z lotu, kiedy nasi pacmakerzy z balonikami/4:00/ doszli na oznaczone miejsce "peleton" już ruszał. Pierwsze kilometry i oszałamiające wrażenie mnóstwo kibiców; dzieci, młodzież, dorośli;  z trąbkami, gwizdkami, kołatkami, a nawet patelniami i garkami. Wrzawa niesamowita, ponadto na przystankach MPk zainstalowały się kapele które śpiewem i głośną muzyką dodawały nam animuszu. Bardzo spontanicznie reagowała grupa kibiców "Kolejorza" Pozdrawiam!!!! Atmosfera naprawdę kapitalna. Jestem pełen podziwu dla Poznaniaków za Ich postawę i gościnność - DUŻE BRAWA!!!! Początkowo kilometry jakoś nawijały się wolno, ale dzięki niekończącym się opowieściom jednego z naszych przewodników, przestałem patrzeć na oznaczone kilometry. Tym bardziej, że Marinero i Mirza kontrolowali czas i prowadzili nas jak na sznurku. Należą Im się słowa uznania i podziękowania za równe tempo biegu i zabawianie nas "pasażerów autobusu 4:00" Po minięciu połówki poszło już z górki. Od początku koncentrowałem się na biegu, za radą Verdiego niewiele dyskutując w grupie i oszczędnie reagując na reakcje kibiców. Oczywiście dziękowałem Im uśmiechem za wsparcie!!!. Cały czas jednak patrzyłem na cyfry na plecach naszych "zajęcy"- 4:00 i powtarzałem sobie nie mogę ich stracić z oczu. Wszystko po to aby zrealizować plan i "złamać czwórkę" Podobnie jak w maju w Łodzi tu również jakoś szczególnie nie odczułem przysłowiowego "zderzenia ze ścianą" Oczywiście jakiś tam kryzysik trzeba przezwyciężyć, ale przecież na każdych zawodach trzeba "złapać drugi oddech." Gdzieś około 35 kilometra po  podbiegu zauważyłem, że jestem...... przed grupą czwórkołamaczy. Postanowiłem, nie czekać tylko swoim tempem zmierzać w kierunku mety. Po dwóch czy trzech kilometrach przyszła dygresja, czy aby nie za wcześnie się "wyrwałem". Pomyślałem jednak: jak grupa mnie dojdzie to już nie mogę odpuścić tylko na siłę się jej trzymać!!! W pewnej chwili nawet lekko mnie "poniosło" i zacząłem przyśpieszać. Przywołałem się jednak szybko do porządku; Tomek to jeszcze pięć kilometrów!!!! Jednak kiedy na "agrafce" na drugiej jezdni zobaczyłem "nasz autobus" wiedziałem już że czwórka padnie; tylko o ile?!! Krzyknąłem, więc  do pacmakerów i grupy dziękuję!!! A słowa nie wiem Marinero czy Mirzy: ZASUWAJ do mety!!! dodały mi skrzydeł!!! Przyśpieszyłem; na czterdziestym pierwszym kilosie wyrzuciłem jeszcze na wiwat w górę niesioną w ręce gąbkę i zacząłem finiszować!!! Na tym odcinku każdy mijany biegacz to jakby dodatkowa porcja paliwa wrzucona pod kocioł!. Wreszcie meta, spojrzenie na zegar 3:56, ręce w górę udało się !!!! medal i uświadamiam sobie, że w stosunku do wyniku z Łodzi /mBankmaraton 13.05.07/ poprawiłem się o 37 minut!!!!!Za metą wolontariusze podają napoje, nakrywają plecy folią termoizolacyjną; naprawdę organizatorzy zadbali o wszystko. Biegnąc na metę stwierdziłem, że w okolicy startu wisi nadal moja bluza która zdjąłem przed startem, oraz rękawiczki które zdjąłem po pierwszym okrążeniu. Dużo ciuchów pozostawili tam biegacze (nierzadko bardzo fajnych) ponieważ rano było chłodno, a szatnie od startu dzieliła odległość kilkuset metrów. Wiem teraz dlaczego Poznaniacy noszą miano Wielkopolan, poprostu są WIELCY. Gdzie w innym miejscu można zostawić na cztery godziny rzeczy na ulicy bez opieki ??!!! Wracając po bluzę miałem ciekawe zdarzenia; 1. Kiedy podążałem, idąc, trochę truchtając, znowu idąc, z medalem na szyji jedna z mijanych kobiet w pewnej chwili odzywa się do towarzyszącego Jej mężczyzny: "zobacz, temu jeszcze mało!" 2. Będąc już w al.abpa. Baraniaka poruszałem się chodnikiem, a po jezdni biegli kolejni maratończycy. Nagle słyszę z tyłu rowerzystę: " już niedaleko, da pan radę, ale lepiej ulicą" !! To się odwracam i mówię: "ja już skończyłem" - "o przepraszam, gratuluję!!!! -On na to. Przez dwa dni w Poznaniu spotkałem tylko życzliwych i sympatycznych ludzi, więc rozumiem teraz dlaczego na pamiątkowych koszulkach 8 Maratonu Poznańskiego orgowie dali napis: "I love Poznań Maraton"!! Później prysznic, na numer startowy - pyszna zupa gulaszowa i "złocisty izotonik", no i jeszcze certyfikat. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i czas wracać.... Tu znowu niespodzianka telefon od Verdiego (mojego idola biegowego) - gratulacje /obopólne bo pobiegł wow poniżej 3:15 !!!!! / i propozycja wspólnego powrotu Jego samochodem. Za co jestem  głęboko wdzięczny Jemu i Jego małżonce, bo w domowych pieleszach byłem sześć godzin wcześniej niż koleją!!!!!!! Cieszę się że dane było mi uczestniczyć w tej kapitalnej imprezie!!!!!! Również jako kibic sportowy mam ogromną satysfakcję, bo wsród kobiet triumfowała nasza krajanka; Częstochowianka Ewa Brych-Pająk z czasem 2:39:59 pokonała mistrzynię kraju Arletę Meloch i Białorusinkę Elenę Mazovkę  HUUUUUURRRRRRAAAAAAAAAAA!!!!!!!!

niedziela, 7 października 2007

[99] Ale mi fajnie gdy...

Ale mi fajnie, gdy....... wracam do 'miejsca zakwaterowania' z tak kapitalnej imprezy jak Bieg o Nóż Komandosa. Na jedenaście edycji niestety uczestniczyłem tylko w ostatnich dwóch i bardzo żałuję tych pierwszych dziewięciu. Obsługa biura zawodów, trasy, kuchni polowej, spikerka na piątkę z plusem. Tak wielu ludzi - życzliwych, sympatycznych i naprawdę ciężko pracujących dla nas biegaczy zasługuje na słowa uznania i podziękowania. Brawoooooo! Świetna trasa z atrakcjami, pogoda jak na zamówienie. Czas lepszy w porównaniu z rokiem ubiegłym o całe 9 minut; po prostu rewelacja. W dodatku biegło mi się fantastycznie i  na finiszu udało mi się wyrównać "porachunki"  z moim *osobistym rywalem*. Poprzedni rewanż wyszedł mi na Biegu Opolskim. Potem były "lata chude" tzn. starty w Blachowni i Złotym Potoku gdzie musiałem przełknąć gorycz porażki i uznać wyższość przeciwnika. Przyznaję szczerze jest DOBRY. Mało tego zawsze dochodzi mnie w drugiej połowie biegu, a to mnie mobilizuje i motywuje. W pewnym sensie jak już pisałem kiedyś moje wyniki są też Jego zasługą. Wiąże nas chyba jakaś nić telepatyczna, bo jak tylko o nim pomyslę już jest przy mnie. Na "Nożu"  to samo, zakończyliśmy harce po piachu, górkach i pomyślałem:"ciekawe:? czyżby mój rywal odpuścił tak fajny bieg? niemożliwe...ale jakoś przed startem nie "wpadliśmy" na siebie, ani w biurze zawodów?".... I.... ani się obejrzałem, a tu mnie mija!!!!! Moją piętą achillesową jest to, że na dłuższym dystansie 'przysypiam" i wtedy zwalniam- potrzebuję więc jakiegoś "bacika" No więc mówię sobie: 'ty się Tomek nie obijaj, ruchy kluchy, leniwe pierogi' i za nim..... dajemy równo, a ja kombinuję  jak tu rozegrać finisz.... Niepotrzebnie; rozwiązanie przyszło samo; Jakieś 400 metrów przed metą zobaczyłem przy trasie "Mój Team" / moich najbliższych/ a ich doping sprawił, że "dałem gaz do dechy" Nawet trochę się wystraszyłem, czy aby nie za wcześnie, bo jak spuchnę? Lecz już się  nie oglądałem tylko grzałem do mety "ile fabryka dala". Jak zobaczyłem wbieg po schodach to już wiedziałem, że będzie dobrze. Bardzo lubię podbiegi, więc potem jeszcze ścieżka i asfaltowy wbieg.... jest META! Stoper, medal, gratulacje!!!! Uff........ to są naprawdę cudowne chwile. Co do teamu; Tym razem do Kokotka udaliśmy się silną grupą (9 osób). Ale jak to w sporcie czterech biegaczy i piątka kibiców. Choć to i tak dobrze, bo kiedyś jak nasza kadra Polski wyjeżdżała na mecz to na jednego zawodnika przypadało pięciu działaczy. Z naszej czwórki najbardziej doświadczony i najlepszy jest Verdi, więc staramy się do niego równać, ale dzieli nasz przestrzeń kosmiczna. Ja biegam systematycznie, ale młode wilczki /syn Marek i chrześniak Adam/ choć trenują nieregularnie już chcą starego wilka "pogonić" O ile Adam ma jeszcze taką pokorę początkującego (na starcie ustawia się w końcu stawki, biegnie na zaliczenie) to Marecki szarżuje, a tu duch silniejszy niż cialo. Dziś po starcie "zgubiliśmy się" więc po drodze myślę: "gdzie ten Marek? chyba wyrwał do przodu, a mówiłem spokojnie!? W okolicy szóstego kilometra dochodzę Go i ....melduje mi, że..... kolanko szwankuje!!!! Ale jak stary uprzedzał, że trzynastka to już nie żarty to młody sądzi: co tam można na żywca!!!! Efekt bolące kolanko, bąbel na paluchu i siny paznokieć. Morał z tego taki - jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz!!
Swoją drogą chłopaki wykręcili całkiem dobre czasy, więc przyjdzie mi niedługo szykować "czerwoną latarnię"!!! Wcale mnie to jednak nie martwi. Wprost przeciwnie cieszę się z Ich sukcesów i mam nadzieje, że może połkną bakcyla............ 

niedziela, 30 września 2007

[98] Biegackie święto...

Na początku sprostowanie; Napisałem ostatnio, że nasze miasto po raz kolejny nie podejmuje wyzwania Gazety Wyborczej i nie organizuje żadnego biegu w ramach akcji Polska Biega. W ostatniej chwili Częstochowa zgłosiła się i MOSiR zorganizował; może za dużo powiedziane z o r g a n i z o w a ł; przeprowadził? bieg na Promenadzie im. Czesława Niemena. Małe nagłośnienie, brak reklamy, plakatów itd sprawił, że na starcie stanęło chyba nie więcej niż 30 osób. MOSiR prawie trzystutysięcznego miasta poszedł po najmniejszej lini oporu i jako organizator ograniczył się do postawienia dmuchanej bramy, rozciągnięcia kilkunastu kawałków taśmy ostrzegawczej i wręczeniu na mecie każdemu uczestnikowi wafelka. No chyba, że jeszcze na to konto dodać załatwienie radiowozu policji, straży miejskiej i karetki. Nie prowadzono żadnych zapisów, numerów startowych, klasyfikacji, pomiarów czasu itp argumentując, że formuła akcji tak stanowi ?!!! Kiedy ogląda się w TV migawki z różnych miejscowości w Polsce to po prostu dusza się raduje; Nawet małe miejscowości poprzez nagłośnienie, reklamę i inne formy zachęty jak zwał tak zwał potrafią zachęcić o wiele większą liczbę ludzi. Mało tego w jednej miejscowości ludzie biegną w identycznych koszulkach, w innych start obwieszcza strzał z armaty, to znowu gdzieś tam promuje się strat całych rodzin, honoruje najstarszego i najmłodszego biegacza itp. A u nas jak najmniejszym nakładem sił odfajkować, zaznaczyć w statystyce i OK. Niestety tym sposobem nie zachęcimy ludzi do biegania. Guru biegowy Gazety Wyborczej "szkielet" czyli Wojtek Staszewski powiedział kiedyś, że imprezy biegowe /piszę imprezy nie zawody z premedytacja/ są świętem dla biegaczy amatorów, możliwością zaprezentowania się znajomym, kolegom itd. Są ponadto ukoronowaniem codziennego trudu biegacza amatora, nierzadko w deszczu, upale, kurzu.... w walce z własnymi słabościami, lenistwem, docinkami napotykanych na treningu przygodnych "kibiców" itd...Wiadomo każdy biegacz w zasadzie biega bo lubi, chociaż zdarzają się osoby które jeszcze nie połknęły bakcyla, ale chcą np. pozbyć się nadwagi. Dlatego oglądając zdjęcia z imprez biegowych; maratonów, półmaratonów, i innych krótszych biegów widzi się ludzi w różnych charakterystycznych, a nieraz nawet śmiesznych strojach /mikołajów, więźniów i wszelkiej maści przebierańców/. Nierzadko są przedstawiciele zawodów w służbowych uniformach czy mundurach /wojskowi,policjanci, kolejarze/. Wszystko to świadczy, że oprócz aspektu sportowego chodzi też o dobrą zabawę. Nie napisałem wcześniej zawody, bo to bardziej kojarzy się z profesjonalistami, którzy podporządkowują wszystko wynikom. Coraz częściej imprezy biegowe nazywane są nawet festiwalami; Niekiedy starują wspólnie zawodowcy i amatorzy; amatorzy lepsi i gorsi, lecz dla każdego to święto, tylko inny cel. Szkoda, że ludzie z MOSiR-u nie "podejrzą" jak to się robi za miedzą np w Blachowni, Złotym Potoku i innych o wiele mniejszych miejscowościach. Od razu zaznaczam, że nie chodzi o to by każdemu na mecie wręczać za przebiegnięcie kilku kilometrów kluczyków do mercedesów, medali itd. Ale wiem z własnego doświadczenia jak cenny jest..... pamiątkowy numer startowy z pierwszej imprezy biegowej /koszt naprawdę  niewielki/. Wiele osób przyznaje, że największym sentymentem darzy pierwszy dyplom, medal, czy właśnie numer startowy. A jaka to dodatkowa motywacja.....Nie pamiętam gdzie, ale czytałem, że "pisane" własne nazwisko  obojętne na liście wyników czy w gazecie też dowartościowuje ludzi./ początkowym adeptom biegania każde wsparcie jest bezcenne, a zwłaszcza najmłodszym/. Więc argument naszych "organizatorów" o formie biegu jest błahy. Sporządzenie listy uczestników /wyników/ nie kosztuje wiele, ale młodsi mogą pochwalić się rodzicom, a starsi zaimponować znajomym i rodzinie odwagą, że podjeli sportowe wyzwanie..... Dość.
Poniżej start na Promenadzie im. Cz. Niemena
  
Ten niewielki "falstart" nie zepsuł mi święta biegowego Polska Biega, bo spotkałem się na promenadzie z Verdim i poznałem kilku nowych biegaczy. Nie wydaje mi się jednak, aby częstochowska akcja wydała "żniwo".
Jak święto biegackie to święto. Popołudniu udałem się do Złotego Potoku gdzie pan Grzegorz z "Podkowy" Janów tradycyjnie organizuje biegi w alei klonowej. Z doświadczenia wiem, że jest to niesamowity gość, pasjonat, prawdziwie pozytywnie zakręcony człowiek. Imprezy które organizuje *są dla ludzi, a nie dla zaliczenia.* W ogóle imprezy w Janowie /rzuty podkową, święto pstrąga i inne/ mają jeden  cel: dobrą zabawę uczestników.
Niżej Polska Biega w Złotym Potoku
  
Ale się rozpisałem przy tym święcie biegackim!!! Prawie tak jak rozbiegałem. Bo jak już wróciłem do domu pomyślałem, że w takim dniu trzeba pokazać znajomym na stałej trasie - POLSKA BIEGA. Reasumując 3 km na promenadzie, 3 km w Złotym Potoku i 7 km na mojej pętli = Szczęśliwa Świąteczna Trzynastka!!!
P.S Kiedy wybiegałem na pętelkę nie było w domu Mojej Lepszej Połowy, a jak wróciłem powitała mnie z humorem słowami: ty naprawdę jesteś uzależniony! A ja /jak Zamachowski w takim filmie gdzie po ucieczce przed zomowcami mówi żonce "ale sobie pośpiwołem......"/ - ale sobie dzisiaj polatałem, polatalem.....

niedziela, 23 września 2007

[97] Poprawa..

Dzisiaj dzięki uprzejmości kolegi biegacza Verdiego mogłem wystartować w I Wodzisławskim Półmaratonie. Połączenie pkp i pks tragiczne, więc  gdyby nie to, że Verdi zaproponował wspólną podróż jego samochodem prawdopodobnie pobiegłbym "dyszkę" w Kłobucku. Wodzisław Śląski przywitał nas prawdziwie letnią pogodą; jak przystało na ostatni dzień lata A.D.2007 Podobno jesień miała przyjść dziś ok. jedenastej; wynika więc, że pojechaliśmy latem, a wrócili jesienią. Ze startu w Wodzisławiu jestem bardzo, ale to bardzo zadowolony; Rok temu dokładnie 24 września ukończyłem Pierwszy Półmaraton Ziemii Życińskiej z czasem 2:06, a dzisiaj podobny dystans w 1:49:56. Widać, że regularne bieganie nie idzie na marne. Udział w moim dzisiejszym sukcesie ma też Verdi. Przybiegł dużo wcześniej na metę, a potem wyszedł na rogatki wodzisławskiego rynku i kiedy wbiegałem na metę zdopingował mnie do ostrzejszego finiszu. Ponadto udało mi się w losowaniu upominków po zawodach wygrać rakietki do badmintona. Będziemy teraz mogli z Moją Lepszą Połową sobie pograć podobnie jak "Szkielet" /Wojtek Staszewski/  ze swoją Sportową Żoną. Wodzisław to bardzo sympatyczne miasteczko, sam półmaraton także świetna impreza. Bardzo ciekawa choć wymagająca trasa, do końca zaopatrzone punkty żywieniowe i odświeżania, ładne dyplomy i medale itd. Miniony tydzień upłynął na odpoczywaniu, regeneracji i przygotowywaniu do "połówki" / m.in. leczeniu obtarcia przez nowe buty/ Podczas dzisiejszego biegu "bambosze" spisywały się jednak bez zarzutu. Chyba adidaski ułożyły się do stóp, albo stopy do adidasów. Najbliższe plany: Z Poznania wychodzi - "nici" więc w najbliższy weekend polecę w jakimś biegu w RAMACH AKCJ -  POLSKA BIEGA. Niestety nasze miasto nie podejmuje po raz kolejny wyzwania Gazety Wyborczej i nie organizuje ŻADNEGO BIEGU. No,  a za dwa tygodnie kolejna super impreza biegowa - Mety Lubliniec -- 11 Bieg Przełajowy o Nóż Komandosa na trzynastokilometrowej trasie. I kolejna szansa na poprawienie życiówki na tym dystansie........

niedziela, 16 września 2007

[96] Buty, katar, zawody...

W poniedziałek testowałem nowe buty tak "skutecznie", że prawy mnie obtarł. Dziwnie, bo nie na pięcie, nie palce tylko na od spodu na łuku stopy.. Zrobił się bąbel, a tu w planie jesienny bieg przełajowy. Lecz jeden bąbel to za mało, żeby mnie to załamało....  Więc plaster i do boju; Co prawda podczas następnych treningów czułem lekki dyskomfort no i nurtowała mnie myśl jak to będzie podczas zawodów? Jakby tego było mało w czwartek zaczęło mnie "coś brać"; czułem się osłabiony, jakiś rozbity, a nos od kataru miałem ciężki jak kowadło. Zaordynowałem aspirynę, smarowanie maścią rozgrzewającą, witaminy.....A tu w piątek gorzej, no wiec znowu smarowanie, herbata po góralsku na poty i..... w sobotę ciut lepiej. Niestety katar większy, nos boli, no to myślę trzeba podejść bardziej radykalnie. Po południu buty biegowe na nogi i trzydziestominutowa terapia biegowa. Następnie gorąca kąpiel i gorące mleko z miodem. Przed snem  jeszcze przygotowanie na dzisiejsze Grand Prix Blachowni i lulu. Rano wstałem i... wow, nie jest źle, katar mniejszy, samopoczucie jak na tak szybką kurację niezłe.... . Rano zimno, kilka stopni powyżej zera, ale prognoza obiecująca....więc jadę. I bardzo dobrze.... pogoda dopisała, impreza bardzo fajna, ciekawa trasa, wzorowa organizacja, dyplomy, medale, losowanie nagród i wszystko bez opłaty startowej !!!!! Dzisiejszy bieg był już trzecią edycją po wiosennym i letnim, a planowany jest jeszcze zimowy, w którym chciałbym tez wystartować. Z dzisiejszego startu jestem bardzo zadowolony, bo uczestniczyłem w fajnej imprezie i pomimo zdrowotnych perturbacji uzyskałem tylko o kilkanaście sekund gorszy czas niż w czerwcu !!. Ponadto bieg był okazją do spotkania zaprzyjaźnionych biegaczy zwłaszcza Verdiego i Jaqa..... Cieszę się bardzo także z sukcesu mojego chrześniaka który o całe cztery minuty poprawił swój czas z poprzedniego biegu letniego. Gratuluję ADAM tak trzymaj!!!! Skoro jestem przy gratulacjach to słowa uznania składam mojemu rywalowi, który okazał się lepszy dziś na finiszu. Najbliższy cel - "połówka" w Wodzisławiu Śl. a potem.......

niedziela, 9 września 2007

[95] Znalazłem sposób...

Znalazłem sposób na ujadające kundelki!!! Bardzo mnie wkurzały ujadające na mnie psiaki. Ilekroć przebiegałem wzdłuż jakiejś posesji od razu startowały do ogrodzenia i obszczekiwały mnie, aż nie skończyło się im ogrodzenie. Próbowałem wszystkiego; cedziłem przez zęby: "do budy, a poszedł ty do budy", albo łagodnie: "dobry piesek, dobry" lub starałem się je zupełnie ignorować; Wszystko na nic; Niedawno wpadł mi do głowy pewien pomysł; Skojarzyłem, że pieski mi po prostu zazdroszczą mi wolności i możliwości pohasania!!! Zacząłem więc się z nimi...... witać!!! Wygląda to mniej więcej tak: biegnę wzdłuż płotu i widzę jak z głębi posesji biegnie psisko i zaczyna szczekać to ja mu: "cześć, cześć" i psina.... się uspokaja!!! Przeprowadziłem nawet podczas wczorajszej wycieczki test; i wyszło, że sposób zadziałał na 80% napotkanych czworonogów. W tym jednego luzem biegającego po drodze, który miał chyba ochotę na moje NB, ale po słowach powitania:"cześć, cześć" po prostu.... odpuścił. Za tydzień w Blachowni u Jacka Chudy Jesienny Bieg z cyklu Grand Prix Blachowni, a ja jestem cienki jak "pensja robotnika" W Opolu, Janowie i poprzednio w Blachowni czułem: ciąg, power, jak zwał tak zwał, ale moc do w miarę szybkiego przebierania nogami. Teraz nie powiem wytrzymałość jest; trzydziestka przeszła bez problemu, lecz gorzej z szybkością....No nic, zobaczymy: w niedzielę będzie moja chwila prawdy!!! W tym tygodniu trochę mniej obowiązków, a więc więcej biegania; Poniedziałek wolne odpoczynek po trzydziestokilometrowej WB, wtorek owb1 + przebieżki, środa owb1+ podbiegi, czwartek gimnastyka, piątek wb2 i sobota stuminutowa WB (poznawałem nowe "ścieżki"). Tydzień temu zrobiłem trzydzieści kilometrów w czasie trzech godzin, kondycyjnie czułem sie OK, ale trochę zaczęło się odzywać kolano.. Zacząłem zastanawiać się co może być powodem - przeciążenie?...doszedłem do wniosku, że chyba moje NB już się nabiegały; Zrobiłem obliczenia i .... okazało się, że zrobiłem w nich już ponad 1000 kilometrów!!!! No to wyszło szydło z worka - trzeba zmienić "bambosze" Coby jednak nie zapeszyć, bo było nie było to poważna inwestycja na razie cicho sza!....

środa, 5 września 2007

[94] 30-stka z przygodami..

Uff..... nareszcie. Ciężkie jest życie biegacza amatora. Nogi i serce rwą się na trening, a tu obowiązki..... Niestety doba nie jest z gumy i w ubiegłym tygodniu tylko trzy dni biegowe. W dodatku wieczorami, a tu dni już coraz krótsze; Na sobotę zaplanowałem wycieczkę biegową trzydziesto-kilometrową. No, ale jak się nie wiedzie od poniedziałku to i w sobotę podobnie..... Zazwyczaj dzień pański niedzielę poświęcam rodzinie, więc od biegania odpoczywam. Chyba, że startuje w zawodach, bo większość imprez jest organizowana właśnie w niedzielę rzadziej w sobotę. Na starty jeżdżę jednak w gronie rodziny, wiec można powiedzieć, że "wilk syty i owce całe" Tym razem ponieważ, nie udało się zrobić sobotniego wybiegania, wycieczkę biegową przełożyłem na dzień z czerwona kartką. Po prostu poziom endorfin tak mi się obniżył, że chodziłem jak podminowany....Już na "starcie" wiedziałem, że będą niespodzianki. Najpierw miałem problemy z "wydostaniem się" z miejsca zakwaterowania. Akurat tego dnia były dożynki na Jasnej Górze więc zjechali rolnicy z całej Polski. Mało tego uroczystości zaszczycił sam prezydent RP, więc panika, wstrzymywanie ruchu itp itd. Następnie kiedy dobiegłem do mojego lasku..... wpadłem wprost na całą watahę quadów, a że podłoże piaszczyste, więc zakurzuli, aż mi ...... Później musiałem przebić się przez drogę na Wieluń. Dobiegam do skrzyżowania i widzę radiowóz; rozglądam się cały ruch wstrzymany... /myślę pewnie jakiś vip będzie przejeżdżał.... No więc wszyscy stoją a ja sobie biegnę. czułem się jak "pojazd uprzywilejowany w ruchu'!!! Co najciekawsze kierowcy mieli takie śmieszne miny na mój widok!!!! Nie zdziwiłbym się gdyby co niektórzy pomyśleli, że zamknęli ruch specjalnie dla biegacza ha,ha ......Następnie biegnąc między polami zakurzyli mnie jeżdźcy na crosowych stalowych rumakach. Jakby mało tego było mało tuż przed domem o mało nie rozjecjhał mnie rowerzysta śmigający chodnikiem!!!!! jedynym pozytywem było spotkanie na trasie bratniej duszy, czyli BIEGACZA!!! No i przedewszystkim podniósł mi sie poziom hormonów szczęścia. Dlatego niedzielny wieczór spędziłem w znakomitym humorze........Chociaż trochę  odczułem tę trzydziestkę w kościach tzn. kolanach - najwyższy czas na zmianę 'bamboszy biegowych' bo czuję, że amortyzacja siada..... Ale dziś już jest OK i normalnie biegałem......


Witaj Twardzielu! Łatwo sie nie poddajesz. Podziwiam ...

... Ciebie. Wiesz ostatnio mam tak mało czasu, ze coraz czesciej chciałabym aby doba była jednak z gumy.... ale cóż jest jak jest... pozdrawiam serdecznie :-)

isia35@buziaczek...2007-09-06 16:08

niedziela, 26 sierpnia 2007

[93] Urosłem..

Przez ostatnie tygodnie zwiększałem obciążenie nie tylko na treningach, ale też harując przy remoncie. Skutek;- człapanie i przede wszystkim brak radochy z biegania. Ponieważ bacznie obserwuję swój organizm nauczyłem się dostrzegać moment zmęczenia, ale jeszcze nie przetrenowania. kiedyś doświadczyłem tego nieprzyjemnego zjawiska brrr... Dlatego miniony tydzień był regeneracyjno - odpoczynkowy. Co nie oznacza całkowitego "leżenia bykiem" - co to, to nie. Średnio co trzy, cztery tygodnie wypada tydzień luzacki. Biegam jak zwykle pięć razy w tygodniu, lecz wolno i przede wszystkim krócej. Wygląda to mniej więcej tak: pn 50' wt 45' śr 35' czwartek tradycyjnie gimnastyka, pt 45' i sobota 80' a niedziela jak zwykle wolne. Po takim  wyluzowaniu wraca świeżość, przyjemność biegania, lekkość biegu itd itp.. W tym tygodniu bieganie z musu wypadło wieczorami. Najfajniej było wczoraj; pobiegłem na trening, a MLP (moja lepsza połowa) udała się w tym czasie na "bałtyk", na festyn. Wyjątkowo wczoraj trening zakończyłem na "bałtyku" o dwudziestej  pływaniem. Potem przebrałem się w świeże ciuchy przyniesione przez MLP i razem poszliśmy na dalszą część festynu. Najpierw złocisty napój energetyzujący plus posiłek regeneracyjny w postaci goloneczki z rożna, a na koniec fantastyczny pokaz fajerwerków. Naprawdę oglądanie takich pokazów z daleka to namiastka tego, kiedy jest się prawie w samym epicentrum. Niesamowite te wulkany, wybuchające na niebie bomby, deszcz gwiazd spadający na ciemne lustro wody; wow.... Aha, w tym tygodniu "urosłem" - podbudowany przez MLP. Bodajże w środę po wyczerpującym dniu; wieczorem  dziesięć minut poleżałem na podłodze, żeby rozprostować kości; po czym zbieram się do wyjścia na trening..... Wszystko  obserwuję MLP i w pewnym momencie mówi: "wiesz co Tomek, naprawdę ja cię podziwiam, że chce ci się jeszcze biegać !?.....

niedziela, 19 sierpnia 2007

[92] Ciężkie jest...

Wczoraj 22 kilometrowa wycieczka biegowa w tempie spacerowym. Po południu impreza u szwagierki, dziś u nas i zmordowany jestem bardziej imprezowaniem niż bieganiem. Pięć treningów - 72 kilometry w minionym tygodniu mniej mnie wyczerpały; niż "Polaków rozmowy" przy stole. Trochę się zje, co nieco wypije, a że brak treningów w tej "dziedzinie" to kondycji brak. Po cichu myślami jestem już.... na jutrzejszym bieganiu i zaczynam się  poważnie zastanawiać czy to naprawdę uzależnienie? albo co gorsza jakieś dziwactwo.... Z drugiej strony sam się trochę uspokajam, że jak to w piosence: "każdy ma jakiegoś bzika, każdy jakieś hobby ma, a ja właśnie"..... Ostatnie treningi były trochę kłopotliwe; nie do dość, że z uwagi na remont biegałem późno wieczorem  to moja dzielnica zmieniła się w "strefę okupacyjną". A wszystko za sprawą corocznego szczytu pielgrzymkowego. Mam szczęście mieszkać  w cieniu "świętej wieży", więc aby wydostać się na trening to najpierw w ramach rozgrzewki obowiązkowo slalom między pątnikami i samochodami. Na początku mojej "kariery' biegacza zawsze w tym okresie rezygnowałem z biegania, bo czułem się bardzo nieswojo czując na plecach setki oczu. Teraz mi już to nie przeszkadza tak samo jak złośliwe uwagi i docinki. Chociaż muszę przyznać szczerze, że trafiają się też sympatyczne komentarze.W środę dowiedziałem się, ze w tym roku oprócz tradycyjnych pielgrzymek pieszych na Jasną Górę przybyło 10 pielgrzymek biegowych!!!!! Kolejny news;- tym tygodniu dowiedziałem się także, że mój chrześniak / też biegacz / dostał powołanie do armii, więc trzeba się szykować na przysięgę.... Ciekawe jak dobrze trafi i w jednostce będzie sprzyjający "klimat" to bieganie nie pójdzie w odstawkę. Ale nie każda jednostka to taka "Mekka" biegaczy jak pułk komandosów z Lublińca. Dziś nawet  żartowaliśmy, że ma szanse jeszcze zaliczyć "Jesienny Bieg Przełajowy W Blachowni i Bieg o Nóż Komandosa w Kokotku, a potem w .....kamasze. Oj, przypomniało mi się jak przed laty - "gdy na jesień do wojska ruszałem"..............

poniedziałek, 13 sierpnia 2007

[91] List otwarty ...

                         Do Verdiego!
Prawda jest taka, że przed tak doświadczonym biegaczem Jak Ty nic się nie ukryje. Może nie uwierzysz, ale kiedy debiutowałem na maratonie Mbanku to na mecie nie myślałem: "udało się, pokonałem maraton" Taka myśl rozradowała mnie gdzieś tak na 37 kilometrze; Stwierdziłem bowiem, że do mety już tylko "piątka" a do końca limitu - czasu jeszcze od groma. Więc choćby czołganiem do mety dotrę na pewno. Było to spowodowane zapewne podejściem na "zaliczenie" królewskiego dystansu. Z tego powodu nie odczułem wyraźnego "zderzenia" z przysłowiową "ścianą" Owszem był lekki kryzys w końcówce, ale to przecież zdarzyć się może także na innych dystansach. W Łodzi na mecie kiedy odbierałem medal w głowie wierciła mi się taka myśl: "chcę jeszcze raz, chcę to zrobić znowu!!!!" Po powrocie i zregenerowaniu sił biegałem trochę krótsze odcinki, ale szybciej. Mając w perspektywie zbliżające się biegi w Olsztynie, Myszkowie, Janowie, Blachowni i Opolu. Opłaciło się, bo na każdym z tych biegów poprawiłem swój czas !!!. Ciągle jednak ponowny maraton nie dawał mi spokoju. Początkowo myślałem o Warszawie, lecz po w/w startach wyszło mi, że już za późno, trochę mało czasu.... Kiedy dowiedziałem się, że już zrobiłeś zgłoszenie internetowe na  maraton poznański; porzuciłem myśl o MW i zacząłem kombinować.... No, a potem jak Żywiec napisał na forum AHEAD, że może też przyjedzie do Poznania..?... Skojarzenie było proste - *rycerze trzej: Wołodyjowski, Kmicic, Zagłoba*.....  Obecnie przygotowuję się chociaż rozpoczęty niedawno remont mieszkania sprawia, że nie jest to takie proste!!! W czasie roboty wyszły niespodziewanie nie planowane problemy więc często z braku czasu staję przed dylematem; poleżeć bykiem -czy na trening? trening; usiąść do kompa czy na trening? trening! A nawet najpierw kolacja? - nie trening! W dodatku niektóre sprawy wymagają zwiększenia nakładów finansowych, więc zaczynam się obawiać czy będzie jeszcze kasa na wyjazd do Poznania. No bo wiadomo przejazd, nocleg, a wszystko przynajmniej x 2. Bo jak tu jechać choćby bez jednego przedstawiciela mojego fan clubu!!!!!! Tak czy tak na razie jestem zdesperowany i przygotowuję się !!! Uważam, że lepiej jak będę przygotowany i nawet nie pojadę niż miałbym sobie znaleźć pretekst do odpuszczenia - /bo i tak się pewnie nie pojedzie/ - a potem żałować!  Podobno grunt to pozytywne myślenie bo jak się czegoś bardzo pragnie to musi się udać!!!!! musi się udać!!! musi się udać..........


cześć jestem z bloga www.taniecz-gwiazdami.blog.onet.pl ...

... zapraszam ciebie serdecznie do wzięcia udziału w konkursie na najleprzego bloga końca lata 2007 roku~!Naprawdę Warto masz duże szanse ;)Pozdrawiam liczę ze sie ...

~marcia 2007-08-15 10:05

niedziela, 5 sierpnia 2007

[90] Miła niespodzianka..

Wczoraj wracając z ponad dwugodzinnego wybiegania miałem miłą niespodziankę. Znużony samotnym, wolnym biegiem  mijając sanktuarium Krwi Chrystusa zobaczyłem przed sobą bratnią duszę tj. biegacza. Ożywiony myślą, że są tu "nasi"; przyglądam się..... bo postać  wydaje mi się znajoma?... Po chwili już wiem... to jest sympatyczny Verdi!!!! zmierza w moim kierunku. Pogadaliśmy chwilkę, przy czym  okazało się, że Verdi dopiero zaczyna swój trening. Wiec przekazałem Mu przysłowiową pałeczkę i żwawszym krokiem podążyłem w domowe pielesze. W tym tygodniu pomimo nawału zajęć udało mi się wybiegać ok. 60 kilometrów. Nie wszystkie zamierzenia wypaliły, ale niestety remont mieszkania to na razie cel numer 1. Na wczoraj miałem zaproszenie do Janowa na kameralną, ale na pewno sympatyczną imprezkę: tzn. Bieg Pstrąga /3km/. No i niestety nie wyszło, musiałem zadowolić się późno popołudniowym wybieganiem. W minionym tygodniu - poniedziałek bieganko + przebieżki, wtorek podobnie tylko zamiast przebieżek podbiegi, środa gimnastyka, a w czwartek  hasanko po "bałtyku" z przyśpieszeniami. Piątek wolne; /miało być przed startem/, żeby na tak krótkim dystansie być w miarę świeżym, a nie zamulonym. Ale wyszło jak wyszło..... Cieszę się, że "moje zauroczenie" bieganiem nie mija i nawet w tym gorącym okresie wieczorami.... coś pali mnie w pięty i wygania z domu.(czemu nie mogą się nadziwić moi najbliżsi) Tydzień minął bez specjalnych nadzwyczajnych wydarzeń jedynie znowu zainteresowały się mną... psiny!!! Trochę było spokoju, jakoś nie "wchodziliśmy" sobie w drogę i znowu  kilka "bliższych spotkań trzeciego stopnia" Ostatnio doszedłem  do wniosku, że ilość psów zwiększa się wprost proporcjonalnie do liczby biegaczy!! A  teraz latem zauważyłem prawdziwy..... "wysyp runnersów"!! Z tym że średnia wieku wykracza znacznie ponad cztery dychy, (wiadomo życie zacina, o przepraszam zaczyna się po czterdziestce);!?...

niedziela, 29 lipca 2007

[89]Gorący okres, czyli moja chwila prawdy...

Zbliża się chwila prawdy, po niedzieli zaczynamy remont mieszkania. Moja Lepsza Połowa ma już urlop więc zaczynamy..... Nie będą to dniówki ośmiogodzinne, ale harówka od rana do wieczora. No i gdzieś trzeba wkomponować jeszcze t r e n i n g. Jak się polata przez cały dzień po drabinie to wieczorkiem może być ciężko się zmobilizować. Pozostaje więc pobudka wcześnie rano, bieganie, prysznic i do roboty..... Po debiucie w mBankmaratonie, zmniejszyłem tygodniowy kilometraż, lecz przybyło mi  za to startów na krótszych dystansach. Ale teraz po okresie regeneracji wznowiłem przygotowania do dłuższych startów jesiennych. Mój dowódca w wojsku mawiał "więcej potu na ćwiczeniach mniej krwi w boju".... więc nie ma się co szczypać tylko tylko "trza się mocować z życiem"....  Wychodzi, że ilość "dziur" w moim planie podczas remontu  będzie miarą mojego uzależnienia biegowego....!!!! W minionym tygodniu przebiegłem ok. 60 kilometrów. W  poniedziałek owb1+przebieżki, wtorek owb1+ podbiegi, środa owb1, czwartek gimnastyka, piątek 30 minut bc w drugim zakresie i w sobotę z samego rana dziewięćdziesięciominutowa wycieczka biegowa północno-zachodnimi obrzeżami miasta. Dobra pogoda, dość ciepłe noce pozwoliły mi kończyć treningi kąpielą w "Bałtyku" Nawet nie myślałem, że poranne pływanie może być takie fajne. W tym tygodniu  obyło się bez "efektów specjalnych" Wczoraj jedynie podczas pływania zaczął lekko kropić deszczyk, ale mnie nie zmoczył bo byłem już w wodzie............

niedziela, 22 lipca 2007

[88] Niedowiary...

Uff, klimat tropikalny nam się zrobił. Jak widzę w TV reklamę gdzie w zimowej scenerii biegnie sobie biegacz to zaczynam mu zazdrościć. Jednak z drugiej strony to już ostatni tydzień lipca, sierpień minie jak z bicza strzelił, a potem z tęsknotą przyjdzie wspominać ciepłe noce, spanie przy otwartym balkonie, chodzenie w krótkich portkach i sandałach "na oklep." pływanie w otwartych zbiornikach i inne letnie atrakcje..... A propo atrakcji w tym tygodniu miałem niecodzienne zdarzenie wprost nie do wiary..... Ale po kolei; Startem w Opolu 7-go bm zakończyłem sezon wiosenny, z którego jestem bardzo zadowolony. W maju debiutowałem w maratonie mBanku. Zaś w czerwcu startowałem w Olsztynie (6km), Myszkowie (10km), Janowie (3km) i Blachowni (6km). Każde zawody to poprawa wyniku na danym dystansie widać więc, że solidna praca na treningach zaowocowała poprawą "życiówek". A, że podobno odpoczynek równie ważny jak trening; ostatnie dwa tygodnie były "urlopowe" To nie znaczy, że bez biegania. Były lekkie bieganka 3-4 razy w tygodniu, średnio  po 50 minut z samego rana zaraz po szóstej kiedy słonko jeszcze tak bardzo nie przypieka. Poranne łagodne bieganie, potem chlup (o siódmej) do "bałtyku" /naszego bałtyku, nie mylić z morzem bałtyckim/ i powrót truchtem do domu. Takie letnie atrakcje fajnie będzie wspominać zimą, tym bardziej, że jestem ciepłolubem i uwielbiam lato!!! Po południu też chodzimy popływać, ale to już nie to samo; pełno ludzi, tłok jak w godzinach szczytu w miejskim autobusie; woda zmącona jakaś taka gęsta; A rano cisza tylko gdzie nigdzie moczący kije wędkarze. Woda cieplutka, spokojna powierzchnia w której odbijają się promienie słońca. Nad samym lustrem wody taka jakby mgiełka.... no i w wodzie tylko ryby, kaczki /tj. takie ptaki co robią kwa kwa kwa...../ i ja. Pora zejść na ziemię. Od jutra rozpoczynam przygotowania do startu/ów jesiennych. Aha miało być o niecodziennym zdarzeniu. Chyba... w poniedziałek ? Przebiegłem  jakieś 45 minut, schodzę ze skarpy nad brzeg naszej glinianki. Patrzę i oczom nie wierzę kilkanaście metrów dalej widzę panią w bieliźnie?! W pierwszej chwili pomyślałem pewnie duch. /Trochę ludzi tu już się potopiło, bo dalej od brzegu dno jest bardzo nierówne, jak to w takich po cegielnianych wyrobiskach/ Myślę sobie, jakieś ostrzeżenie?....  Co tam sen mara, Bóg wiara. Zdjąłem czapkę, okulary, schyliłem rozwiązuje buty i nagle jakiś ....blask. Podnoszę głowę, a to dama wchodzi do wody.... w biustonoszu..........z goła pupą!! Zaskoczenie, konsternacja; mówię sobie -"ki diabeł" jakiś wodnik szuwarek dybie na moje życie, czy co?!!! Wchodzić nie wchodzić ? Ochlapałem się z lekka i wchodzę. Pływam w kółko i kątem oka łypie co tu się kroi?......Pani, się pochlapała, przepłynęła w jedną potem w drugą stronę i chyłkiem hyc na brzeg. Raz dwa trzy wskoczyła w spódnicę, bluzkę i już Jej nie było. Przypuszczam, że musiałem mieć chyba bardzo głupia minę!!!! Ubierając się przyszło mi na myśl?, - może śnię?, więc dla pewności solidnie nawet się uszczypnąłem. Biegnąc do domu mówię sobie, miałem rożne przygody, ale tego jeszcze nie było, jak opowiem Mojej Lepszej Połowie to mi na pewno nie uwierzy........

poniedziałek, 9 lipca 2007

[87] Powalczyłem...

Jednak to prawda jak się bardzo chce to się uda. Pomimo przeszkód udało mi sie wystartować w Opolu. Co prawda pojechałem z nieco okrojonym fan clubem i bez Mojej Lepszej Połowy, ale jestem bardzo zadowolony. Bo udało mi się po raz pierwszy powalczyć i przebiec "dyszkę" poniżej 45 minut (44:20). W ubiegłym roku też na Biegu Opolskim zajęło mi to 51 minut 40 sekund. Tak dobry czas na tegorocznym biegu zawdzięczam w zasadzie mojemu biegowemu rywalowi. Przeglądając wyniki ostatnich imprez stwierdziłem, że jeden z biegaczy jest zawsze tuż, tuż przede mną. Przejrzałem zdjęcia z Janowa, Blachowni i uświadomiłem sobie, że mój rywal początkowo biegnący za mną mniej więcej w połowie dystansu mnie..... mija. Zapisując się do Biegu Opolskiego przez internet, na liście startowej dostrzegłem ?........nazwisko mojego rywala. Troszkę krew mi zawrzała i odezwał się wewnętrzny głos wojownika; Przecież trenuję solidnie, nie jestem już biegowym żółtodziobem, mam pewne doświadczenie startowe, a najważniejsze pomyślałem w duchu czuję się mocny!! Po raz pierwszy prawdę mówiąc koncentrowałem się i przygotowywałem  do startu mentalnie; Mając nadzieje zrewanżować się mojemu konkurentowi /tym bardziej, że jesteśmy w tej samej kategorii wiekowej/ No i tak jak nastawiłem się psychicznie, to od samego rana w sobotę, fizycznie czułem się jakoś nijak. Nadrabiałem miną, ale już po starcie na pierwszym okrążeniu pomyślałem: chciałeś się odkuć, ogryźć i co... - żebyś chociaż jakoś doczłapał się do mety?! A rywal ?!!! pewnie już daleko w przodzie. Kiedy tak biłem się z myślami, w połowie drugiego kółka; myślałem, że śnię!!!! mija mnie ..... ON.!!! Załapałem się na "kółko" i lecimy.... coraz szybciej!!!! Oj mówię sobie będzie krucho daleko tym tempem nie pociągnę. Dobiegamy w okolice startu i kalkuluję - to już ostatnie okrążenie, do mety jakieś tylko 3 kilometry. Tylko trzy i aż trzy!!! Nie jestem w stanie wyprzedzić rywala, bo jak tylko się zrównujemy to jeszcze przyśpiesza. Biegnę i koncentruję się na.... trasie. Biegnę "myślami" zaraz będzie most, potem zbieg, byle z wałów do parku (będzie mniej wiało) itd itd. W parku przez chwilę zwątpiłem- przecież dyszę jak parowóz, może odpuścić??? Nie, najwyżej ustanę i koniec!!! Doczołgam się ukończę, czas nie ważny, ale tanio skóry nie sprzedam!!!! Nagle "światełko w tunelu" do końca kilkaset metrów, a mój przeciwnik mówi: "teraz to już damy radę"!!?  Zauważam też, że także ciężko oddycha, więc musi być zmęczony podobnie jak ja!!!! To dla mnie "dopalacz" !!! przedostatni zakręt ..... a mnie jakby ktoś zaaplikował zastrzyk energi, podrywam się i "grzeję" ile sił do mety, po drodze wyprzedzając jeszcze jednego biegacza. META!! zatrzymanie stopera, medal, entuzjazm i fala radości. Odwracam się do... przed chwilą jeszcze rywala, a teraz już Kolegi biegacza z podziękowaniami za wspólny bieg i rywalizacje. Świadom, że ten dobry wynik i moje szczęście to w pewnym sensie również Jego zasługa.!!!!


... pod niesamowitym wrażeniem. Jak czytałam to tak mnie wzieło, ze wszystkie mięsnie napieły mi sie przed metą... :-)) podziwiam ludzi, którzy tak uparcie dązą do ...

isia35@buziaczek...2007-07-16 21:18

niedziela, 1 lipca 2007

[86]Pracowity miesiąc...

Koniec tygodnia, koniec miesiąca. Niespodziewanie czerwiec okazał się bardzo "pracowity" Kilometraż może nie jakiś rewelacyjny, bo 202 kilometry, czyli  średnio wychodzi pięćdziesiąt tygodniowo. Za to sześć startów, co daje statystycznie raz na tydzień zawody. Do tego dwa starty w jeden weekend, a więc dzień po dniu. O wszystykich biegach pisałem wcześniej, więc nie będę się powtarzał. Mam jednak satysfakcję wielką, że moje treningi nie idą na marne. Nie dość, że w maju udało mi się przebiec maraton to każdy start na krótszych dystansach przynosi poprawę życiówki. W najbliższą sobotę magiczna data 07.07.2007, a mnie... kusi... i nęci...Bieg opolski na wyspie Bolko,   http://www.biegopolski.pl  Pogoda zapowiada się fajna, więc.... na razie myślę...."aż mi sie styki palą" Wczoraj zrobiłem sobie dwudziestokilometrową wycieczkę biegowo - rowerową. Tzn. ja biegłem, a Mati jechał rowerem!!! Zrobiliśmy rozpoznanie nowych ścieżek i przetrząsnęliśmy trochę lasek po którym biega........ mój chrześniak Adam /Ostatnio obserwuje u Niego początki zauroczenia biegowego, a to już tylko krok do uzależnienia/ Całkiem fajny teren, trochę piachu, jest i górka, a także proste równe odcinki. Można trenować, szkoda tylko, że jak dla mnie trochę daleko od domu. Nie ma to jak trasy biegowe "pod nosem" jest wolna chwila to w buty i już...... Czasami naprawdę trudno pogodzić codzienne obowiązki z regularnym trenowaniem. W tym miesiącu udało mi się nie zaliczyć "żadnej" dziury w planie treningowym, ale musiałem się nakombinować. Jutro nowy tydzień, nowy miesiąc i w perspektywie zawody w Opolu. Jeżeli uda się wystartować to po tych zawodach myślę o "urlopie biegowym" Trochę odpoczynku, a później przygotowania do jesiennego startu. Kołacze mi się po głowie pewna myśl, ale na razie wolę głośno nie mówić, aby nie zapeszyć; pożyjemy zobaczymy.............

poniedziałek, 25 czerwca 2007

[85]Powetowałem sobie...

Ostatni tydzień był pracowity. W tygodniu normalny trening, a w sobotę i niedzielę starty. Co prawda planowałem tylko niedzielny start w letnim biegu przełajowym w ramach Grand Prix Blachowni. Ale nieoczekiwanie zostałem zaproszony w sobotę na Bieg Świętojański z okazji Dni  gminy Janów. Cieszę się, bo oba biegi były bardzo fajne i powetowałem sobie niesmak jaki pozostał mi po Myszkowie. Sobotni Bieg Świętojański to bardzo kameralna, ale sympatyczna impreza. Niewielu uczestników, fajna trasa ze startem i metą w Alei klonowej. Zorganizowana i prowadzona przez trenera sekcji lekkoatletycznej U.L.K.S. "Podkowa" Janów. Pan Grzegorz Dors podobnie jak Jacek Chudy z Blachowni robiąc imprezy biegowe angażują się całym sercem, żeby wszyscy uczestnicy dobrze się czuli, świetnie bawili  i wyjechali zadowoleni. W ten sposób myślę; skutecznie propagują bieganie i zachęcają ludzi do aktywnego wypoczynku. Jestem pełen podziwu i uznania dla obu Panów. Sobotnią trzykilometrową trasę bardzo ładną, ale  dość trudną; (podbiegi, kamienista nawierzchnia) udało mi się pokonać w czasie 13:04. Niedzielny bieg w Blachowni był już drugim /po wiosennym/ ale jeszcze lepiej przygotowanym. Ciekawa trasa leśno - miejska, start i meta na stadionie, fajne medale i pamiątkowe dyplomy dla wszystkich, losowanie nagród, smaczny żurek z kiełbachą, no jak to się mówi "wszystko zapięte na ostatni guzik" Ale najważniejsze, że 6 - cio kilometrową trasę pokonałem o całe dwie minuty szybciej niż w Olsztynie 3 czerwca (27:20). W obu biegach udział był całkowicie bezpłatny, co w obecnych czasach jest niespotykane. Zdarza się że orgowie inkasują wpisowe i patrzą, aby tylko imprezę jak najszybciej odfajkować, a  najgorsze to, że  rzeszę biegaczy traktują / z całym szacunkiem dla najlepszych/ jako tło dla pierwszej trójki z podium. Weekendowe starty były dla mnie też pewnego rodzaju eksperymentem. Do tej pory nigdy nie startowałem dzień po dniu; zawsze w przeddzień startu robiłem sobie wolne. Obawiałem się nawet czy w niedzielę /po starcie w Janowie/ będę miał dość "pary." Dziś w ramach odpoczynku popływałem w "Bałtyku" a od biegania zrobiłem wolne. Za dwa tygodnie /magiczna data - 07.07.07/a w Opolu na wyspie Bolko ...Bieg Opolski na 10 km; bardzo chętnie bym wystartował, ale obowiązki rodzinne.....


Ja podziwiam :) Nie mam takiej kondycji :) ...

... www.paj.blog.onet.pl

~Paja 2007-06-26 00:20
Miło, więc dodaje ten blog do odwiedzających u siebie :) ...

... Pozdrawiam.

~Paja 2007-06-26 14:53

niedziela, 17 czerwca 2007

[84] Trochę szkoda...

W ubiegłą niedzielę byłem na biegu "Pięciu stawów" w Myszkowie. Nie pisałem od razu cotygodniowego raportu, bo czekałem, aż organizatorzy "opublikują" wyniki. Niestety przeliczyłem się, minął tydzień, a tu "ani widu, ani słychu" W ubiegłym roku zaraz w poniedziałek były wyniki na maratonachpolskich.pl...... Trochę szkoda, bo wg moich prywatnych nieoficjalnych pomiarów udało mi się poprawić życiówkę na 10km. Nie jest to czas "powalający na kolana" ale dla takiego amatora jak ja to zawsze jakiś sukces. No i dowód, że regularny trening daje efekty. Co do imprezy to; całkiem fajna  trasa i chociaż duchota po porannym deszczu była straszna biegło mi się bardzo dobrze. Ostatnie dwa tygodnie obfitowały w starty. Co tydzień bieg -  (3-go Olsztyn, 10-go Myszków), więc ten tydzień był regenerująco - relaksujący. Tym bardziej, że już w najbliższą niedzielę kolejna edycja Grand Prix Blachowni. Ktoś kiedyś powiedział, że dla weteranów tak samo ważny jest trening jak i odpoczynek. Racja, zgadzam się /przetestowałem na sobie/ nie ma to jak słuchać własnego organizmu. Żałuję, że nie mogę zobaczyć oficjalnego czasu, zajętego miejsca, lokaty w kategorii wiekowej.... bo to jakby kolejny trening na "dychę", a nie zawody. Kiedyś też zdarzyło mi się, że na mecie nie zostałem "zauważony" przez organizatorów i w ogóle nie zostałem ujęty w wynikach, to dopiero KAC! biegowy!!! Sorry, grają już hymny państwowe i za chwilę Polska gra w "siatę" z Argentyną więc spadam przed telewizor !!!
Mam nadzieję, że humor poprawię w Blachowni, tam organizatorzy starają się jak mogą /dali przykład na pierwszym biegu z cyklu GP Blachowni/ i NIE BIORĄ KASY  ZA START co jest obecnie naprawdę rzadkością. No lecę kibicować siatkarzom!!!

niedziela, 3 czerwca 2007

[83] Pora deszczowa...

Jak grzało to na maksa, a teraz nastała pora deszczowa i pada, pada, pada....
Dziś w jak co roku w pierwszą niedzielę czerwca kolejny  XII Marszobieg na 6 km W Olsztynie. Wyruszyliśmy już z samego rana, żeby przed zawodami zdążyć jeszcze na Mszę Świętą. Oddaliśmy co boskie Bogu, a potem dla ciała i ducha heja pod zamek na zapisy. Fajaną impreza, trasa przez lasy wokół zamku tylko uczestników trochę mało. A wszystko z uwagi na kiepską pogodę. I to już drugi raz z rzędu podobnie było w ubiegłym roku. Wiadomo mnie i podobnym pasjonatom biegania to za mało aby nas to powstrzymało.... ale generalnie ludziska się boją; Można zmoknąć, chłodno, trawa mokra, na łeb się leje, ani później gdzie posiedzieć itp itd. "Ścigantów" takie czasy jak moje to pewnie  śmieszą jak rzucona na stołówce żołnierskiej trzycyfrowa liczba dni do cywila. Dla mnie to jednak duża satysfakcja... Pamiętam jak pierwszy raz na tej imprezie dotarcie do mety zajęło mi ponad czterdzieści minut. Mało tego na trasie sapałem jak parowóz, a na mecie byłem jak przysłowiowy zombi. Jeszcze rok temu było to trochę ponad półgodziny, a dziś 29:20. Mała rzecz, a cieszy!!! W tym roku pomimo nieciekawej aury udało nam się zmontować ekipę jedenastoosobową co jest naszym rekordem na tych zawodach. Do tej pory największą pakę jaką zebraliśmy to 9 osób. Dziś między nami  nie dość, że mieliśmy nowych kandydatów na biegaczy to udało nam się pozyskać nawet Krakusa. Dobrze, że nie padało na trasie /chociaż mnie to już nie przeszkadza/; Pobiegaliśmy, potem posiedzieli przy piwku na świeżym powietrzu, pośmialiśmy się, trochę...zmokli, prawie 50% naszej ekipy (5 z 11) wylosowało drobne fanty. I co najważniejsze nie spędziliśmy niedzieli w kapciach przed TV z pilotem w ręku, ale odpoczywaliśmy aktywnie na łonie natury. Jedni trochę się zmęczyli, innego coś obtarło, ktoś się pośliznął i wywrócił, ale wszyscy w dobrych humorach wrócili w domowe pielesze. Bo o to właśnie chodzi....

niedziela, 27 maja 2007

[82] Pierwszy maraton to już historia...

Debiut maratoński zaliczony, przeanalizowałem przygotowania, sam bieg i wiem mniej więcej jakie popełniłem błędy. Na pewno przy następnym starcie okaże się, że i tak wszystkiego nie wiem i wielu rzeczy nie przewidziałem.!!! Ale na tym polega właśnie piękno sportu. Każde wyzwanie to nowe wyzwanie i choć wiele zależy od nas to jednak nie wszystko. Jedni nazywają to szczęściem inni łaską daną od Boga. Ponieważ zaliczam się do tej drugiej grupy w piątek zaniosłem pani Jasnogórskiej medal ukończenia 4-go maratonu mBanku. Jeszcze przed maratonem ofiarowałem Matce Bożej wysiłek włożony w przygotowania i sam trud maratońskiego debiutu. Wtedy też obiecałem Najświętszej Panience, że jak ukończę ten bieg /co wcale nie było takie pewne/ to medal ofiarowuje jako wotum. Maraton przeszedł do historii, a już w niedzielę (3 czerwca) w Olsztynie XXII Marszobieg na 6 km. W tej imprezie tradycyjnie bierzemy udział całą rodziną i namawiamy kogo tylko można. Bo to jedna z nielicznych na naszym terenie imprez gdzie wszyscy mogą brać udział w wypoczywając na sportowo. Wczoraj biegałem sobie w ..... deszczu!!! Z rana nie było czasu, potem skwar niemiłosierny, więc jak popadało; to w buty  i na trasę. Cieplutko, świeże powietrze, nogi same niosą, Ale gdzieś tak po półgodzinie jak się znowu pochmurzyło, zagrzmiało i zaczął padać grad myślę trzeba wracać. Deszczu się nie boję, ale z piorunami to nie żarty. Obrałem więc kierunek powrotny, a tu jak nie przyleje...... ściana wody!!!! Biegłem sobie po kałużach i ......cieszyłem się jak dziecko. Ciepły deszczyk i żeby nie te wyładowania to chyba prędko bym nie wrócił. Oj potaplał bym się jeszcze !!!!! W minionym tygodniu  już normalnie pięć treningów biegowych i jeden gimnastyki siłowej. Urozmaicam poszczególne dni więc trochę spokojnego wybiegania, do tego przebieżki lub podbiegi, trochę krosu ....i kto powiedział, że bieganie jest nudne????


Chcesz poznac opinię na temat swojego bloga ???? Wpadnij ...

... na www.oceneczka.blog.onet.pl

olawalczak@amork...2007-06-01 22:52

niedziela, 20 maja 2007

[81] 42 kilometry 195 metrów..

13 maja spełniło się jedno z moich marzeń. Przebiegłem maraton. Kiedy przed dwoma laty napomknąłem, że marzy mi się zaliczyć taki dystans, chyba nikt nie wierzył tak naprawdę, że to jest możliwe. / łącznie ze mną / Dwa lata systematycznie trenowałem - biegałem, ćwiczyłem. Nie obyło się bez kontuzji ( skręcenie stawu skokowego w lipcu ub. roku), a także chwil zwątpienia. Ale uparłem się, zawziąłem i dałem radę. Warto było.... To nie "dyszka", czy nawet "połówka" Takiej chwili jak  na mecie maratonu nie da się faktycznie chyba z niczym porównać. Do tego uczucie; kiedy Żywiec napisał mi: "Tomek witamy w gronie maratończyków !!!!"...... W ogóle otrzymałem wiele miłych słów, gratulacji i to czasami od nieznanych mi ludzi. Przed maratonem im bliżej startu to stres narastał i przyznam szczerze trochę miałem cykora. Różne myśli mi się błąkały po głowie, nawet takie " po co mi to? dlaczego to robię? A jak gdzieś padnę na trasie i narobię tylko kłopotów MLP" /Mojej Lepszej Połowie/ Wtedy mówiłem sobie chłopie są ludzie którzy "lecą" prawie bez przygotowania, a ty się pękasz!!! Bardzo pomógł mi też Verdi kiedy pytałem o rady; On mi mówił: Tomek jesteś już doświadczonym biegaczem na pewno dasz radę. No i chociaż sam biegł półmaraton to potem cały czas czekał na mnie na mecie !!!!!Przygotowując się zbierałem różne informacje i opinie z różnych źródeł. Troszkę mnie niepokoiła przysłowiowa " ściana" Ale bardziej tekst pana M. W. pisze on tam m.in. o kroplówkach zasłabnięciach, skurczach, wymiotach itp itd. Ktoś kiedyś powiedział, że stres ustępuje na wystrzał startera i to faktycznie jest prawda. A teraz krótko o samych zawodach; W Łodzi byliśmy z MLP i Matim w sobotę przed południem. Trochę połaziliśmy po mieście, potem do hotelu. Dalej obiadek, msza św. i do biura maratonu. Pobrałem zestaw startowy i na pasta party. Trochę nagła ulewa popsuła szyki, ale za to w niedzielę pogoda jak na plaże /właśnie schodzi mi skóra z ramion!!!/ Po powrocie do hotelu kolacja, kapiel i lulu, no spałem... niezbyt spokojnie budziłem się prawie co godzinę. Rano śniadanko, szybkie przygotowanie i na miejsce startu. przebranie, szatnia, oddanie odżywek prywatnych, spotkanie z Verdim, rozgrzewka i na ....START !!!! Poszukałem pacemakerów, ustawiłem stoper i ruszyliśmy... Na początku nasz grupa liczyła ok. dziesięciu osób, ale po trzydziestce po prostu się rozpadła!!!! Cztery kółka po dziesięć kilometrów, pierwsze - luzik / pomyślałem nawet przez chwilę.. *może trzeba było zabrać się z grupą 4:00* drugie  spoko; napoje, banany, biszkopty na trasie; jemy, gadamy...... Po trzydziestym piątym kilosie myślę chyba coś Ci pacemakerzy przyśpieszają?!! I widzę.... zaczynają się oddalać. Moje nogi p oprostu zaczynają wooollniiieeeejjj się poruszać, a nie Oni.... przyspieszają!!! Zaczynam kalkulować; na siłę trzymać się Ich, czy odpuścić i dalej biec "po swojemu"? A jak nie wytrzymam i padnę... do mety tylko siedem i pół kilometra...... Więc już jestem prawie pewien, że że ten bieg ukończę!!!!!! Dobra mówię dzięki panowie, trochę zwolniłem i zacząłem wyglądać tablicy z napisem 40km. Potem trochę musiałem "powalczyć" z sobą. Na dwa kilometry przed metą doszedł mnie Robin i Paweł M i już do końca biegliśmy razem. Paweł bardzo nas motywował; "już niedaleko, niecały kilometr, jeszcze pięćset metrów i ....meta !!!!!!!" 4:33:18, medal, pierwsze gratulacje i niesamowite uczucie zrobiłem to-dałem radę- zaliczyłem pierwszy w życiu MARATON!!!!!! Cieszę się, że skończyłem maraton w dobrej formie z uśmiechem na twarzy. Zakładałem pierwszy dziewiczy maraton pobiec turystycznie tzn. na zaliczenie. Nie walczyłem ponieważ nie chciałem wyglądać na mecie jak zombi, a ponadto pierwszy raz to takie rozpoznanie. Byłem zmęczony, ale nie wyczerpany. Trochę czułem dystans w nogach /najbardziej obawiałem się o kolanka/, a okazało się, że najwięcej odczuwałem mięśnie na udach, nawet pomimo masażu tuż za metą. Na treningach nigdy nie zrobiłem 40-sto kilometrowego wybiegania, więc taki spokojny bieg dał mi sporo doświadczenia i wiele do myślenia. Po ukończeniu królewskiego dystansu zrobiłem dwa dni wolnego, lecz zaczęło mnie nosić. Więc w środę pięćdziesiąt minut truchtanka, czwartek gimnastyka, a w piątek i sobotę odpowiednio 60 i 90 minut owb1. Dziś wolne a od jutra.... biegam dalej. I już myślę, jak wykorzystać zdobyte doświadczenie w.......... kolejnym........maratonie!!!!!!

niedziela, 13 maja 2007

[80] Zrobiłem to....

 Jeszcze nie wierzę......
Zdałem biegową maturę na cztery i pół !!!!!
a dokładnie to z wynikiem 4:33:18 !!!!
wrażenia debiutanta niesamowite...!!!!
 Trudno to opisać !!!!!
 Dzięki wszystkim za wsparcie, a zwłaszcza najbliższym !!!!
/szczegóły jak ochłonę/


GRATULUJĘ!!! Jesteś wielki!!!



isia35@buziaczek...2007-05-18 22:47

Szukaj na tym blogu:

Translator

"...łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną, a ziemią..." Rdz.9,13