"Zdrowie tak jak pieniądze zdobywa się w pocie czoła. Aktywność fizyczna i przemyślany sposób odżywiania mogą być przyczyną dobrego stanu zdrowia"


poniedziałek, 31 grudnia 2012

Do Siego Roku

Gdy Nowy Rok staremu cyfrę zmienia...
Niechaj Nowy Rok zabłyśnie kolorami tęczy
niech będzie radość i szczęście
i niech zostanie z Wami

Przyjaciołom, Znajomym i  przypadkowym Czytelnikom mojego bloga składam najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności w Nowym 2013 Roku, a wcześniej  oczywiście wspaniałego sylwestra i szampańskiej zabawy:)
Ten bałwanek z szalikiem w barwach Zabieganych to prezent na gwiazdkę pod choinką w czasie wigilii:) Podobnie jak ten kapitalny medal:)

Bardzo cenię sobie wszelkie podarki wykonane własnoręcznie:) Kupić można wszystko. Ale pomysł, poświęcenie czasu i to że Ktoś myślał co sprawia mi frajdę jest rzeczą bezcenną:)

Koniec roku, więc moment spojrzenia wstecz i krótkie podsumowanie. w Ciągu 366 dni odchodzącego roku dwieście pięćdziesiąt cztery razy wkładałem buty biegowe:) Wychodząc na cotygodniowe wspólne biegania, zawody i moje sam na sam dreptanie;) W tym czasie przebiegłem 3014 kilometrów i nie o ilość tu idzie, ale o jakość:) Pomyślałby Ktoś ile rekordów życiowych, miejsc na podium, nagród... Nie nic z tych rzeczy;) Te kilometry przekładają się na przeżycia i wrażenia takie jak Bieg Solidarności w Rzeszowie gdzie pchałem w wózku mojego serdecznego kumpla Kubę:) Walka z własnymi słabościami na zawodach też;) Ale przede wszystkim to towarzystwo ludzi zarażonych bieganiem:) Niezapomniane wspólne starty z Madlen:) Godziny z Zabieganymi i nie tylko;) na sobotnich spotkaniach biegowych na Bialskiej i czwartkowych treningach po trasie biegu częstochowskiego:) Statuetki, puchary, nagrody to wszystko jest miłe, ale jak wszystkie rzeczy materialne nietrwałe;) Tych godzin samotnie i wspólnie spędzonych na bieganiu w rożnych warunkach, dreptanych pogaduch, litrów wylanego potu, endorfin buzujących po fizycznym zmęczeniu;) Tego nikt nie jest w stanie mi zabrać:) Przez moje bieganie w tym roku poznałem wielu fantastycznych ludzi:) Dzięki bieganiu też morsuję:) Jedno z drugim jest nieodłącznie związane. Większość Morsów i Foczek biega i morsuje, więc morsowanie jest okazją do pobiegania, a bieganie sprawia, że chce się morsować;) 
Gwoli jeszcze statystyki w 2012 osiemnaście razy byłem na rożnych zawodach począwszy od pięciu, a skończywszy na stu kilometrach. W tym czasie pokonałem około czterystu czterdziestu kilometrów:)

Nie udało mi się pobiegać w wigilię;( ale nie jestem przesaądny i chociaż pisałem wcześniej "jaka wigilia taki cały następny rok" daj Bóg,  aby 2013 nie był gorszy od obecnego;) 
Po świętach  sobie powetowaliśmy  i w czwartek "odpokutowaliśmy" łakomstwo;) na koleżeńskim półmaratonie po trasie bc. Było dużo ludzi w rewelacyjnych nastrojach:)  
W sobotę rano ostatnie w tym roku spotkanie biegowe na Bialskiej i popołudniu rąbanie lodu na naszej "wannie" przed niedzielnym sylwestrowym morsowaniem. Lód trzymał pomimo plusowej temperatury, więc przy siekierce tak się zgrzałem, że szkoda zmarnować taką okazję hi,hi...


Niedzielne sylwestrowe morsowanie Zmorsowanych to prawdziwy majstersztyk;) Za sprawą wszystkich fantastycznych Foczek i Morsów:) Którzy pod wodzą niesamowitej Madlen:) przygotowali mega niespodziankę. Był szampan, tort ze świeczkami, odpowiedni wystrój i rewelacyjna atmosfera:) 
Dla mnie Teresy była to też trzecia rocznica naszego pierwszego morsowania:) Ale żeby się nie powtarzać "pod fotką" zamieszczam link do naszej stronki Zmorsowanych;)

Jutro noworoczne bieganie:) przed noworocznym morsowaniem;) a kolejny post już za rok he,he...

niedziela, 23 grudnia 2012

Boże Narodzenie A.D.2012

za pasem, więc wszystkim Przyjaciołom, Znajomym i przypadkowym Czytelnikom mojego bloga składam najserdeczniejsze życzenia:
W tym dniu radosnym, oczekiwanym,
gdzie gasną spory, goją się rany
życzę wam zdrowia, życzę miłości,
niech mały Jezus w sercach zagości,
szczerości duszy, zapachu ciasta,
przyjaźni, która jak miłość wzrasta, 
kochanej twarzy, co rano budzi,
i wokół pełno życzliwych ludzi.

Sam też z każdym dniem otrzymuję życzenia za które z serca dziękuje:) Nie sposób wszystkim imiennie tutaj dziękować, ale muszę zrobić wyjątek dla mojego serdecznego kumpla Kuby od którego otrzymałem piękna kartkę z opłatkiem, życzeniami całej Rodzinki i śliczną gwiazdę na choinkę:) już wisi;) Dzięki Kuba:)
 Gorączka przedświąteczna trwa, ale z bieganiem nie jest na razie źle;)
We wtorek kolejna edycja "Zabieganej Czołówki-Trial" Tym razem pomysłodawca Wlodec zachęcał atrakcjami i były;) Zdeptaliśmy lasek aniołowski wszerz i wzdłuż:) Było cioranie pod zwalonym drzewem, przełażenie przez gruby pień, bieganie po dechach na ścieżce zdrowia i na koniec niespodzianka... wbieg na dziesiąte piętro w wieżowcu nieopodal promenady he,he... Zrobiliśmy ponad dwanaście kilometrów i Mad wymyśliła, że jeszcze fajne byłoby wieczorne morsowanie;) Niestety z braku ciuchów do przebrania i ręczników hi,hi... daliśmy odpust;( Co nie znaczy, że kiedyś tego świetnego pomysłu nie zrealizujemy;) 
Środa tylko krótkie bieg na rozgrzewkę i indywidualne morsowanie:) Lód za cienki, żeby wejść;( więc "rąbanka" od brzegu i krioterapia wśród kawałków lodu;) super! Takie kawałki centymetrowej grubości są fajne;) W przeciwieństwie do cieniutkich "szkiełek" które potrafią nieźle pokaleczyć;( 

 Czwartek z uwagi  na świątalne przygotowania tylko pętelka z hakiem na trasie bc i solo, bo nie wyrobiłem się na zbiórkę o dziewiętnastej:(

Piątek bez biegania:( znaczy bieganina przedświąteczna;)

Sobota rano cotygodniowe spotkanie biegowe na Bialskiej bez zbaczanie z trasy;) czyli piętnacha. Nie to samo co piętnastka w Strzelcach na którą mam ochotę od dawna, ale niestety  termin krótko przed  świętami sprawia, że z bólem musiałem znów odpuścić;(
Po południu "otwieranie wanny" na dzisiejsze wigilijne morsowanie. Oleg zaproponował darowanie życia jednemu karpiowi i wypuszczenie go na wolność he,he...oraz przystrojenie jakiegoś świerka. W pobliżu naszej wanny takich drzew nie ma;( więc po "rąbance" przystroiłem smutne gałązki nad grajdołem domowej roboty łańcuchem;)

Niedziela - Wigilijne morsowanie:) i znów rekordowa frekwencja! Przed kąpielą pomysłodawca Oleg wypuścił do przerębli karpia Willy'ego, któremu w ten świąteczny czas darował życie:) Sympatyczni  Gospodarze dzisiejszego dnia Jola i Tomek uraczyli wszystkich czerwonym barszczykiem z uszkami:) Wcześnie łamaliśmy się opłatkiem i składali świąteczne życzenia:) To były prawdziwe święta Zmorsowanych! Ci ludzie są fantastyczni! Mają mnóstwo świetnych pomysłów, tryskają humorem, życzliwością i potrafią się bawić! Ogromne dzięki dla Joli i Tomka!!! Wielkie brawa dla wszystkich Zmorsowanych, a szczególnie Naszych Foczek:) Szkoda, że zabrakło wśród nas Teresy, Moniki, Darka i jeszcze kilku zimnolubnych;( Zabrakło też naszego "nadwornego" fotopstryka:( Ale mam nadzieję, że obecni dziś fotoreporterzy podeślą linki do fotek z wigilijnej kąpieli:) Będziemy na bieżąco aktualizować wpis. Było rewelacyjnie:) cieszę się, że w ostatniej chwili udało mi się dołączyć do stada;) Za tydzień morsowanie sylwestrowe oczywiście w odpowiednich strojach;) Oj będzie się działo.... 

Czterdzieści cztery kilometry w czterech wyjściach:) Tendencja spadkowa hi,hi...
Oczywiście jutro muszę choć dyszkę przebiec, bo przecież jaka wigilia taki cały rok:) Potem miły czas świątecznej laby i w czwartek spalanie kalorii na trasie biegu częstochowskiego he,he.... Mam nadzieję w licznym towarzystwie Zabieganek, Zabieganych i nie tylko;)

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Mniej biegania

miało być;) a i tak wychodzi tygodniowo ponad pięćdziesiąt kilometrów. Ale teraz nadszedł gorący okres przedświąteczny, więc jednak trzeba będzie wyluzować;(

W minionym tygodniu w czterech wyjściach pięćdziesiąt osiem kilometrów. Wow i wszystkie w grupie:) Niedługo zapomnę co to samotność długodystansowca;)

Wtorek: nowy projekt Wlodca pt. "zabiegana czołówka trial" - cotygodniowe bieganie wieczorne tam gdzie nie ma oświetlenia ulicznego, więc z czołówkami;) Były już bezdrożna Bialskich pól, Złota Góra i ostatnio park Lisiniecki zwany przez wszystkich "bałtykiem";) 
Pogoda dopisała! Minus siedem na termometrze, niebo gwieździste i bielutki śnieg, więc praktycznie dwanaście kilometrów zrobiliśmy nie używając naszych świateł:) Jedynie, gdy na "szyjce" chcieliśmy znaleźć naszą "wanne" czołówki miały pomóc... Ale jak zwykle zdecydował przypadek. Rozgarnialiśmy śnieg butami i nagle usłyszałem trzeszczenie pod stopami;) Lewą nogą zdążyłem uciec robiąc duży krok he,he... ale prawa do połowy łydki poszła do wody;( Strachu nie ma, bo i nie jest tam głęboko;) Tyle co do pasa, lecz gdyby tak przyszło lecieć w mokrych spodniach to przy minusowej temperaturze byłby niezły test Morsa he,he... W mokrym bucie dopóki biegłem było okey;) i dopiero w domu rozbierając się zauważyłem "pamiatkę" -  obdarty piszczel;(

Czwartek jak zwykle trening na trasie bc i zaskoczenie:) Znowu pojawiło się blisko dwadzieścia osób mimo, że Mikołaj się nie zapowiadał;) Trzy pętle pięciokilometrowe plus dobieg i wyszło pięć kilometrów więcej niż we wtorek:)

Sobota cotygodniowe spotkanie na Bialskiej. Potem na "bałtyk" i spotkanie z Zmorsowanymi, którzy z racji niedzielnego wyjazdu postanowili jak to mówi Oleg: "zabieg mrożenia goleni" zrobić w sobotni poranek:) Tak w tym tygodniu się złożyło, że ponownie wyszło o piątkę więcej niż  na poprzednim bieganiu:)

Niedziela: Dobieg na morsowanie krótki bieg na rozgrzewkę i powrót czyli skromna siódemka:)
Ostatnie morsowanie przed mającym nadejść w piątek końcem świata;( Więc Oleg zaproponował by to ostatnie morsowanie było "antyczne" stwierdzając jednocześnie: " i tak zamkniemy w pewien sposób krąg cywilizacji:)"
Zabawa była świetna, ubaw po pachy! Chociaż swoja drogą zastanawiam się, czy Monika nie miała racji pisząc na forum zmorsowanych: "...w końcu już i tak chyba nikt nie uważa, że jesteśmy normalni.." he,he...
Mimo temperatury plusowej przez cały sobotę nasza "wanna" się ostała cała hi,hi... Nawet musieliśmy ja po sobotniej rąbance trochę powiększyć, żeby wszystkie kapłanki, senatorzy, rzymianie, gladiatorzy i inni mogli się pomieścić;) 
A tak okazji mamy w szeregach najmłodszego Morsika, który postanowił zadebiutować... w ubraniu;
 Za tydzień morsowanie wigilijne, potem sylwestrowe chociaż już wszyscy zaczynają wspominać zeszłoroczne nocne;) Więc tylko patrzeć jak będziemy się w styczniu pluskać przy blasku księżyca hi,hi...

poniedziałek, 10 grudnia 2012

To były piękne dni

dzięki Zabieganym i Zmorsowanym Mikołajkom i Mikołajom:)

Ostatni nasz czwartkowy trening na trasie częstochowskiego biegu przypadł dokładnie 6 grudnia. 
Dużo wcześniej padła propozycja poprzebierania się i zrobienia w tym dniu koleżeńskiego półmaratonu świętych Mikołajów;) A wiadomo świętość zobowiązuje;) ustaliliśmy więc, że skoro nie samym bieganiem człowiek żyje to odwiedzimy dzieciaki z ośrodków specjalnych znajdujących się przy trasie naszego biegu. Żeby nie wejść z gołą ręką zakupiliśmy dla każdego dziecka po czekoladowym mikołaju. Jesteśmy pełni uznania dla opiekunów i podopiecznych z tych placówek, bo każdego roku bardzo żywiołowo dopingują uczestników kolejnych edycji bc:) Frekwencja tego dnia przeszła moje najśmielsze oczekiwania :)) Z Kijarzami, którzy dołączyli do nas po drodze zebrało się około trzydziestu osób! Do tego dzwonki, gromkie pohukiwania „ho ho hooo” i widać było, że "banda" Mikołajów zrobiła na dzieciakach ogromne wrażenie:) Radość dzieci udzieliła się nam również do tego stopnia, że przez kolejne kilkadziesiąt minut wokół Jasnej Góry słychać było dzwoneczki i radosne „ho ho hooo” Przejeżdżający kierowcy trąbili i pozdrawiali nas;) przechodnie bili brawa i odwzajemniali się uśmiechami:) Niektórzy nawet Ci grzeczni hi,hi... załapali się na cukierki. Jedni Mikołaje zrobili dziesięć kilometrów, inni piętnaście i choć połówki nie było to ubawiliśmy się jak dzieci;) Na koniec odbył się taniec Zabieganych wokół choinki na placu Biegańskiego, a Krzara pozostawił pieczęć w postaci "orła" wykonanego własnym ciałem na śniegu hi,hi... 
Aha, zima zaczęła się tuż przed naszym mikołajkowym treningiem:) jakby na zamówienie:)

Akt drugi miał miejsce wczoraj na naszym mikołajkowym morsowaniu:) W nocy -12, w dzień -7 pomyślałem zatem pewnie  nas już tak licznie jak poprzednio  nie będzie;( Na miejscu zostałem znów zaskoczony;) "wanna" zrobiona i chyba jeszcze więcej ludzi niż poprzednio. Wszyscy w wyśmienitych humorach i na czerwono;) Zaczęliśmy tradycyjnie od biegu na rozgrzewkę, a potem było tak "gorąco" że zacząłem się obawiać, czy nasza przerębel wytrzyma hi,hi... Niby dopiero kilka mroźnych dni, a "szyba" na morsowisku prawie dziesięciocentymetrowa. Pierwszy atak zimy, śnieg, przerębel, czyli prawdziwe morsowanie!!!. Po kąpieli "zaświadczenie morsowe" czyli certyfikat;) gorąca herbatka, czekoladki i domowa drożdżówka:) 

Przez całą niedzielę byłem  rozgrzany zimową kąpielą i emocjami;) To niesamowite jak grupa ludzi może bez scenariuszy i szczegółowych przygotowań zorganizować takie wydarzenia mikołajkowe;) Jestem bardzo szczęśliwy, że mogę być w  szeregach takich nietuzinkowych wspaniałych ludzi:) Mam ogromne uznanie zwłaszcza dla naszych fenomenalnych Foczek! Bardzo wszystkim dziękuję za te piękne dni:) 
  
W minionym tygodniu był jeszcze bardzo fajny wtorek:) i cotygodniowe wspólne sobotnie poranne bieganie na Bialskiej w temperaturze minus trzynaście stopni;) Tym razem mimo mrozu dziewczyny nie odpuściły;) Pięćdziesiąt jeden kilometrów w czterech wyjściach i w kapitalnym towarzystwie! Fantastyczny tydzień:)

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Bieganie, czy morsowanie?

Na szczęście nie muszę dokonywać takiego wyboru;) Bo najpierw bieganie, a potem morsowanie:) W tym tygodniu dwa morsowania jedno indywidualne i drugie wspólne całego naszego stadka. Temperatura wody podobna ok +5 stopni, ale powietrza w środę +10 a w niedzielę tylko +2:) 
Wczoraj trzecie pluskanie w tym sezonie i kolejny rekord frekwencji:) Zaczynam się poważnie obawiać, że jak ta "przypadłość" się jeszcze rozpleni to trzeba będzie wprowadzić limity czasowe przebywania w przerębli hi,hi... dla kolejnych grup;)

W minionym tygodniu pięćdziesiąt cztery kilometry w pięciu wyjściach. Nie kończę sezonu jak kiedyś miesięcznym rozbratem  z bieganiem. Mniej biegam i na luzie tak do nowego roku, a potem "do roboty" he,he... 

Poniedziałek cotygodniowa porcja gimnastyki, żeby nie zardzewieć;)

We wtorek nadarzyła się okazja przetestować zakupioną w B....ce czołówkę za 19,99 zł. (z trzema bateriami w komplecie;) Próba wyszła znakomicie:) 
Kiedy na Bialskiej wspólnie z Moniką uruchomiliśmy nasze "reflektorki" Wlodec i Sikor oznajmili, że swoje mogą wyłączyć , bo jest widno jak w dzień;) Ciekawe jak długo wytrzymają trzy paluszki i jak będzie żywotność całego sprzętu? 
Zrobiliśmy trzy czterokilometrowe pętelki po polach i lasach jak w soboty i było super:) Niektóre miejsca w sztucznym świetle wyglądały całkiem inaczej niż za dnia. W pewnym momencie nawet ktoś rzucił pytanie: "co robią tu te brzózki? widzieliście je wcześniej?" hi,hi... A cały nieoświetlony odcinek alei brzozowej przed sanktuarium Krwi Chrystusa wyglądał w blasku lampek wprost niesamowicie.

Środa krótki bieg w ramach rozgrzewki na kąpielisko. "Osobiste" morsowanie ma swój urok:) Ale nie ma to jak świetna atmosfera, super zabawa i fantastyczne towarzystwo innych Morsów, a zwłaszcza Foczek w niedzielę:)

Czwartek tradycyjnie: trening po trasie biegu częstochowskiego. Tym razem Zabrakło mojego imiennika i ...zabrakło jednej pętli do koleżeńskiego półmaratonu;( Nie było komu kusić hi,hi... W czasie dreptanych pogaduch ustaliliśmy, że skoro w ten czwartek przypada św. Mikołaja to szykujemy czerwone czapeczki, czerwone koszulki i robimy sobie koleżeński półmaraton świętych Mikołajów he,he.. 

Piątek andrzejki tym razem nie na sportowo;( Moja lepsza połowa towarzyszy mi na zawodach to ja wspieram Jej pasję. Zresztą trzeba raz na jakiś czas jak to mawiał mój kolega się odchamić;) Tylko niech mi Ktoś wytłumaczy dlaczego na tych koncertach od razu zamykają mi się oczy he,he... Żona nie może się nadziwić, wiec Jej tłumaczę: ja tylko się wczuwam i  przeżywam tę muzę;)

Sobota stałe cotygodniowe spotkanie biegowe i niespodzianka bieganie męskim gronie;( Nasze dziewczyny zabalowały andrzejkowo i musieliśmy niestety same chłopy pełnić dyżur hi,hi.. Już dawno się nie zdarzyło, coby w sobotę nie pojawiła się choć jedna kobieta;(

Dziś zasłyszane: "Motocyklista pędząc swoim stalowym rumakiem uderzył w przelatującego gołębia. Zatrzymał motor wziął gołębia do domu opatrzył mu rany i wsadził do klatki. Gdy gołąb oprzytomniał i zobaczył kraty, jedzenie, wode to pomyślał: jestem w więzieniu! zabiłem motocyklistę!"

poniedziałek, 26 listopada 2012

Rozkręca się karuzela

niedzielnych morsowań;) 
Wczoraj ponownie frekwencja przeszła najśmielsze oczekiwania;) Warunki raczej typowo jesienne;( temperatura powietrza +10, a wody +5. Chociaż synoptycy informują o nadchodzącym na najbliższy weekend ochłodzeniu i opadach śniegu:) 
Pierwsza grudniowa kąpiel w zimowej scenerii - super! Oby tylko przewidywania nie spaliły na panewce;)

Po ubiegło niedzielnym otwarciu sezonu w poniedziałek wybrałem się wieczorkiem poćwiczyć na sali gimnastycznej:) Co roku zarząd klubu wynajmuje salę w szkole. W każdy poniedziałek od listopada do końca marca Zabiegani i nie tylko:) mogą uczestniczyć w zajęciach ukierunkowanych na przygotowanie (w szczególności siły ogólnej i gibkości) do kolejnego sezonu 2013.

We wtorek przebiegłem dwanaście kilometrów, ale jakoś to szybsze przebieranie nogami mi nie szło;( Dlatego w środę zrobiłem tylko krótką przebieżkę na indywidualne poranne morsowanie. Warunki były o niebo lepsze niż w niedzielę:) powietrze +3, woda +6:)

W czwartek tradycyjny cotygodniowy trening na tasie bc i myślałem tylko o spokojnej dyszce. W"praniu" okazało się, że jeden drugiego kusi i podpuszcza hi,hi.. więc w końcu znowu wyszedł koleżeński półmaraton;) Jak to mój imiennik skwitował: "nałogowy alkoholik też wychodzi na kielicha, a wraca narąbany"

Piątek luzik:) jak to   po połówce bywa odpoczynek zasłużony;) 
Wieczorem w Oslo oficjalne podsumowanie GP Zabieganych. Uhonorowanie najlepszych, brawa, gratulacje i losowanie nagród! Tu niezły fart trafiła mi się główna nagroda! Identyczna kurtka jak Verdiego:) Pogadaliśmy, pokosztowali specjałów Browaru Czenstochovia i  trzeba grzecznie spać, bo w sobotę rano wspólne bieganie na Bialskiej;) 

Chyba asekuracyjnie nikt się wcześniej na dreptanie po bialskich polach się nie pisał;( ale dziewięć osób dopisało! w tym jeden debiutant i jeden zabiegany kijkarz:)

Niedziela w samo południe bieganko na rozgrzewkę i pluskanie w wodach naszego "adriatyku" Masa kapitalnych ludzi:) w fantastycznych humorach, więc zabawa i atmosfera przednia. Tylko trochę martwimy się na zapas;) Jak frekwencja się utrzyma to gdy nastaną mrozy przerębel trzeba będzie chyba robić koparka hi,hi..

W pięciu wyjściach pięćdziesiąt sześć kilometrów:) można powiedzieć norma. Marzy mi się jednak już tuptanie "po białym" trochę mrozu, kąpiele w przerębli, czyli prawdziwa Polska zima:)

niedziela, 18 listopada 2012

Foczki, Morsy i bieganie

W tym tygodniu gwoździem programu było dzisiejsze oficjalne otwarcie przez Zabiegane Foczki i Morsy sezonu morsowego 2012/2013 Zmorsowanych:)
Co prawda pogoda raczej jesienna;( Temperatura powietrza +10, wody+6, ale nie było co czekać:) Wszyscy spragnieni zimnej wody z utęsknieniem wyczekiwali na co niedzielne pluskanie:)
Frekwencja  przerosła nasze najśmielsze oczekiwania:) Fajnie, że tak licznie dopisały kobiety:) Bardzo  się cieszę, bo znów spotkałem dano niewidziane od zeszłej zimy Foczki i Morsy:) Pojawiło się też kilka nowych twarzy:) Brawa i gratki dla pierwszaków!
Jak w poprzednim sezonie najpierw bieg na rozgrzewkę, a potem do chlup:) Po kąpieli pogaduchy i śmichy, chichy przy gorącej herbatce;) Atmosfera gorąca, wrażenia świetne! Czekamy tylko na to co Morsy lubią najbardziej białą pierzynkę i lód na naszym kąpielisku;)

Poniżej fotorelacje:  ja_qba - Olega - emte - mxxxka:)

      


Z biegania w tym tygodniu tylko krótki dobieg w środę na "prywatne" morsowanie;) W czwartek koleżeński półmaraton na trasie biegu częstochowskiego i jak w każda sobotę dreptane pogaduchy na Bialskiej:) W sumie "tygodniowy maraton";) 

  

poniedziałek, 12 listopada 2012

Święto Niepodległości

 Zabiegani jak co roku uczcili na sportowo:) Biegając sztafetowo od świtu do zmierzchu na promenadzie Czesława Niemena w ramach Oficjalnego Świątecznego Treningu. W zasadzie biegiem i nie tylko, bo byli jeszcze klubowi i zaprzyjaźnieni kijkarze:) Oraz jeden rolkarz;) Do szybciej przebierających nogami również dołączali ludzie z poza klubu:) Podobnie jak co roku startująca w reprezentacyjnym dresie Mariola Sojda:)

We wczorajszej "Sztafecie Niepodległości" uczestniczyło 32 Zabieganych i Zabieganek, 29 przyjaciół i sympatyków naszego klubu.
ZC-422km(b)+109km(nw) / Pozostali-302km(b)+34km(nw)+3km(rolki)
co w sumie daje 724km+143km(nw)+3km(rol.)= RAZEM 870km
Tegorocznym rekordzistą został KRZARA 64km(nw) od wschodu do zachodu słońca!

Przez ostatnie dwa lata również tuptałem od początku do końca;) W tym roku odpuściłem, bo minęły trzy tygodnie od Kaliskiej setki i jeszcze czuję ją w kościach he,he...

 Swoją zmianę zacząłem planowo od czternastej w wybornym towarzystwie m.in. Magdy, Moniki i Tomka:) Skład co półgodziny się zmieniał Ktoś kończył inny dochodził, ale humory dopisywały wszystkim:) Nie obejrzeliśmy się jak nadszedł koniec treningu:( w dwie godziny przebiegliśmy dwadzieścia kilometrów! 4x5km ku chwale ojczyzny:)
  Tradycją już stało się, ze  podczas treningu niepodległościowego zwłaszcza Zabiegani starają się mieć elementy ubioru w barwach narodowych. W tym roku nieśliśmy jeszcze na zmianę biało czerwoną flagę:) I nie byliśmy sami, bo "na trasie" spotkaliśmy byłego prezydenta naszego miasta z małżonką, którzy spacerowali... z flagą na ramieniu;)

Aha, a nasz prezes buszował po promenadzie i parku "Las Angelas" z dwoma czworonogami propagując dogtrekking he,he... 
Wielu przypadkowych spacerowiczów nagradzało nas oklaskami i miłymi słowami za to radosne świętowanie:) 

Interwencja służb porządkowych była zbędna;)  Strat materialnych nie było;) Rannych i poszkodowanych również;) Jedynie może bolące co niektórych nogi od biegania i brzuchy od śmichów chichów;) 

Gadżeciarze;) tylko mogliby być zawiedzeni brakiem medali, dyplomów, losowania nagród, posiłków... Cóż trening to trening nawet świąteczny;) Dał nam jednak to co najważniejsze ogromną dawkę hormonów szczęścia co widać na załączonych obrazkach;)

poniedziałek, 5 listopada 2012

Złom

mówią niektórzy;) Ale też... pamiątka i wspomnień czar. Na co dzień schowane głęboko w pudle, lecz gdy tylko z jakiejś okazji ujrzą światło dzienne wskrzeszają chwile uniesień, bólu, walki z samym sobą... Przypominają miejscowości w których startowałem, poznanych tam ludzi. Te najprzyjemniejsze momenty mojej pasji, czyli imprezy biegowe. Oczywiście są ważne, mniej ważne oraz takie z którymi rozstaje się bez żalu i rozdaję przeważnie dzieciakom:)
Bo w poście Top Medals podsunęła pomysł pochwalenia się dorobkiem medalowym;) Podobnie jak w czerwcu Kaśka dała początek akcji: "Pokaż, ile miejsca bieganie zajmuje w Twoim życiu!"
Już poprzednio napisałem: "jak się weszło między wrony trzeba krakać jak i one";) Więc wydobyłem i przejrzałem swoją skarbnicę:) Naliczyłem siedemdziesiąt sześć chciałoby się napisać "krążków" he,he...

Nie będę wzorem Bo układał rankingu, ale poniżej o kilkunastu co nieco napiszę:) 

Pierwszy mój medal z Biegu Za Jeden Uśmiech:) Integracyjna impreza w której uczestniczyli zawodnicy niepełnosprawni razem z osobami pełnosprawnymi. 
"Blacha" z pierwszej połówki. Niestety odbyła się tylko ta jedna edycja Półmaratonu Ziemi Życińskiej:( 
Debiut na maratońskim dystansie w Łodzi:) Verdi orzekł, że pobiegłem zbyt asekuracyjnie;) Może i tak:)

Kiedy zacząłem myśleć o startach dowiedziałem się przypadkiem  z forum biegajzanami.pl o Basi Szlachetce. Zaimponowała mi Ta niesamowita Kobieta. Dzięki Niej zamarzyłem o pokonaniu maratonu. Więcej dzięki Basi uświadomiłem sobie, że jestem w stanie to zrobić!! Dlatego nie mogłem nie pobiec w dedykowanym Jej Maratonie Jelcz-Laskowice. W tym kameralnym maratonie uczestniczy wielu przyjaciół Basi. Dzień wcześniej biegacze składają kwiaty na Jej grobie i modlą się w intencji Basi biegającej niebiańskie matrony.

Cracovia Maraton za pierwszym razem w padającym deszczu od startu do mety oraz rozwalonym bucie boleśnie odczułem próbę złamania 3:45 Jednak "zemsta jest słodka" w ubiegłym roku zrobiłem to!!!  Tym razem końcowa pętla wokół krakowskich nie była "drogą przez mekkę" Była moją rundą honorową:) leciałem jak na skrzydłach:)


2008 rok udało nam się przez zimę co sobotę utrzymać spotkania biegowe na Bialskiej:) 
W nagrodę zafundowaliśmy sobie  "fedrowanie" pod ziemią;) Tam po raz pierwszy pojawił się pomysł stworzenia klubu i marzenia o profesjonalnym biegu w naszym mieście:)
Sztafeta to specyficzny bieg. Każdy stara się jak może, ale liczy się wspólny dorobek:)

 W Poznaniu  zdobyłem Koronę Maratonów Polskich! Miesiąc wcześniej pobiegłem ze skręconą kostką Wrocław na zaliczenie, żeby zachować szanse na Koronę. W dodatku pierwszy raz miałem okazję "zającować" i to własnemu synowi w debiucie maratońskim:) Myślę, że zdałem egzamin;) Z alei abpa Baraniaka na Maltę finiszowaliśmy w znakomitych humorach:) Obyło się bez "ściany" i w dobrym stanie zameldowaliśmy się na mecie:) 
Był to mój drugi Poznań Maraton i podobnie jak z Cracovią mam do tej imprezy wielki sentyment. Jedyny maraton w którym brałem udział trzy razy:)

Powinny być trzy, ale tegoroczny mam mieć dosłany pocztą, bo za długo marudziłem na trasie i zabrakło;)
To prawda, że w każdym człowieku drzemią niezbadane pokłady możliwości. Tym razem było najtrudniej. Mniej pokory? Październikowy upał? Samotna walka od dwudziestego piątego kilometra? Moja satysfakcja z niepoddania się jest bezcenna!:)

Medalik od włoskich biegaczy za udział w sztafecie niosącej Płomień Lolka. Ryba i klucz z Maratonu Lednickiego. Drewniany medal z Kwietnego Biegu. Te szczególne pamiątki ze szczególnych imprez biegowych mają dla mnie szczególne znaczenie:) Bo jak nie samym chlebem tak i nie samym bieganiem człowiek żyje:) Wdzięczny jestem Bogu za moje bieganie.

Dzwonek z Półmaratonu Świętych Mikołajów w Toruniu marzył mi się od dawna;)
W ubiegłym roku udało mi się tę kultową imprezę zaliczyć:) Mam dzwoneczek, czerwony szalik i czapkę.  Przyda się:) W tym roku szósty grudnia wypada w czwartek, więc planujemy trening po trasie BC na mikołajowo;)


Takie medale ręcznie robione to świetny pomysł:) Ręczna robota, więc tym  bardziej cenne trofeum:)
W Poznaniu towarzyszyłem w maratońskim debiucie najstarszemu synowi:) a w ubiegłym roku najmłodszemu debiutującemu w Blachowni na I Maratonie Nordic Walking.
We wrześniu br. zawalczyliśmy ponownie:)

Na koniec medal z biegu w którym uczestniczyłem, ale nie biegłem;) Organizowany przez Zabieganych Bieg Częstochowski wymaga zaangażowania większości członków. W przyszłym roku  mały jubileusz:) Dlatego już teraz zapraszam na piątą edycję, która odbędzie się jak zawsze na tydzień przed Cracovia Maraton:)


niedziela, 28 października 2012

pięć, dziesięć....

Wczoraj obchodzilismy jubileuszowe sobotnie spotkanie biegowe na Bialskiej. Mimo niesprzyjającej aury: opadów mokrego śniegu, potem śniegu z deszczem, a na koniec deszczu zebrała się rekordowa liczba biegaczek i biegaczy! A nawet jeden pies;)
 Na taką imprezkę oczywiście nie mogłem nie zabrać mojego serdecznego Kumpla;)
Jak co tydzień najpierw biegaliśmy, kijkarze maszerowali, a potem były pogaduchy przy ciachach i kawie:) Krzara nawet zabawił się w poetę;)
Dokładnie przed pięciu laty 27 października zapoczątkowaliśmy  sobotnie spotkania biegowe. W składzie Verdi, Żywiec, Boru, Fotogut i ja o szóstej trzydzieści ruszyliśmy przecierać aleję brzozową i okoliczne pola:) Na początku zastanawialiśmy się jak będzie z wytrwałością? Idzie zima, krótki dzień, zimno... Początki jak zawsze były trudne. Ale już wtedy nieśmiało marzyliśmy o klubie biegowym i dużym biegu w Częstochowie. Wytrwaliśmy! W marcu 2008 wzięliśmy udział w 12 Godzinnym Podziemnym Biegu Sztafetowym w kopalni soli w Bochni. Jako sztafeta" Biegajznami.pl Częstochowa" (Verdi, Boru, Manitou, Tete). To tam na "madejowych łożach" po dwunastogodzinnym "fedrowaniu" (dystans:150,422km-30 miejsce!) postanowiliśmy stworzyć oficjalna grupę biegową w Częstochowie. Już wtedy znakomite zdolności organizacyjne ujawnił  Verdi obecny dyrektor biegu częstochowskiego. Dzięki Jego "sile napędowej" 5 kwietnia 2008 roku ośmioosobowa grupa założycielska powołała stowarzyszenie zwykłe Zabiegani Częstochowa. Wcześniej trwały długie dyskusje nad nazwą. Chodziło bowiem, żeby nie kopiować szeregu powtarzających nazw klubowych, ale wymyślić coś oryginalnego:) Dlatego m.in. jak w necie widzę co rusz "Zabiegani" tacy, "Zabiegani" tacy to zastanawiam się czemu ludzie idą na łatwiznę?! Przecież najważniejsze to własna osobowość i charakter to co nas wyróżnia spośród innych! Albo inny przykład: jednej z grup spodobał się nasz wątek założycielski na stronie internetowej i po podstawieniu swoich danych umieścili na swojej hi,hi.. Niby droga na skróty jest łatwa, ale czyż nie trud daje większą satysfakcję?
********
Za pół roku tuż przed kolejną edycją biegu częstochowskiego świętować będziemy piąte urodziny Zabieganych! Przez ten czas zmienił się status prawny klubu, znacznie zwiększyła liczba członków i udało nam się stworzyć fajny zespół ciekawych ludzi:)

********
Za kilka dni ostatniego października 10 urodziny obchodził będzie mój fantastyczny Kumpel Jakub Ostasz
Niestety świętować będzie w szpitalu:( Bo po operacji musi jeszcze przez dłuższy czas pozostać pod specjalistyczną opieką.
Kuba to świetny chłopak jak dużo wysiłku wkłada w rehabilitacje możecie zobaczyć na filmiku:

Bardzo dumny jestem, że mam takiego Przyjaciela:) Cieszę się bardzo, że los skrzyżował nasze drogi. Jego postawa i walka także mnie motywuje mnie do codziennego brania się z życiem "za bary";)
Więcej o Kubie możecie się dowiedzieć się z Marzycielskiej Poczty klikając w Jego fotkę:)

poniedziałek, 22 października 2012

Setka w październikowy upał

i się zagotowałem;( Żadna z poprzednich nie dała mi się tak we znaki, nawet pierwsza w debiucie na ultra. Teraz na pięćdziesiątym kilometrze miałem już dosyć długich dystansów i w ogóle  biegania;(
Ale po kolei. Ranek chłodny, więc większość ubrana na "długo" Szósta zero zero pakujemy się do autobusu i jedziemy do Jarantowa. W oczekiwaniu na start chronimy się przed chłodem w sklepie;)  

6:30 startujemy przez Brudzew do Blizanowa. 
Po 10 kilometrowym "dobiegu" na rozgrzewkę;) tam zaczniemy pierwszą z sześciu piętnastokilometrowych pętli.  Biegniemy razem z klubowym kolegą WW i jest super (na razie) Po pierwszej pętli robi się ciepło. Postanawiam przed drugą zmienić spodnie na krótkie i koszulkę z rękawkiem. 
Po przebraniu tracę Waldka z oczu i biegnę dalej sam. Drugie kółko spoko i na koncie cztery dychy. Na trzecim zaczyna przygrzewać i zaczynają się "schody" na każdym punkcie popijam, ale czuję się jak skwarek na patelni;) 
Na pięćdziesiątym mam dość, a to przecież dopiero połowa dystansu:( I zaczynają mi chodzić głupie myśli po głowie. Przecież, żeby mieć zaliczony bieg ultra i zostać sklasyfikowanym wystarczy 55km. Zamelduję zejście z trasy, wezmę prysznic, wypije browarek i leżąc w chłodnej sali gimnastycznej będę czekał na finał. No brawo! obiecałeś trud supermaratonu dedykować Kubie i co Mu powiesz? Poddałeś się. Ty który mówisz, że maratończyk nigdy się nie poddaje cha,cha... Boli? nie masz siły, ciężko Ci? A Kubie jest łatwo? Jest Mu lekko zwłaszcza teraz przed operacją? Przecież cały czas limit czasowy biegu jest otwarty do dziewiętnastej! No dobra, to zejdę tylko na chwilę wezmę dla chłody prysznic, bo już nie mogę, nie daję rady! Zmienię buty zostanę tylko w klubowej koszulce na ramkach i pobiegnę dalej. Co kąpiel w trakcie zawodów? Chcesz specjalnie marnować czas, żeby tylko się nie męczyć, nie biegać? Pięknie! Obiecanki cacanki! Ale z Ciebie ultras he,he...  No dobra już dobra, zmienię tylko buty i w klubowym plastronie polecę dalej!
Zmiana skarpetek, smarowanie stóp i gołe ramiona przynoszą tylko chwilową ulgę:( Cały czas od dwudziestego piątego kilometra biegnę tylko z Kubą na zdjęciu. Brak kompana do wspólnego motywowania się i podnoszenia na duchu to rzecz której najbardziej się obawiałem. Cały czas myślę o moim Kumplu, że pewnie trzyma kciuki i też myśli o mnie;) Zaczynam się godzić, że dziś musi  być ciężko. Skoro obiecałem mojemu Przyjacielowi ofiarować trud tego biegu za Jego operację to  nie może być łatwo, miło i przyjemnie! Czwarta pętla to najgorsze piętnaście kilometrów jakie dotychczas pokonałemw życiu. Trudno to nazwać biegiem. Człapałem, dreptałem prawie w miejscu i marzyłem o zachodzie słońca. Ożywiałem się krótko na widok kibiców oraz fantastycznych dzieciaków na punktach odżywczych i czekałem kiedy będzie koniec. Zejść z trasy nie zejdę. Ile uda mi się zrobić kilometrów w wyznaczonym limicie tyle zrobię. Trudno. Widocznie jestem za cienki:(
Na siedemdziesiątce w Blizanowie włożyłem pod plastron ponowie koszulkę z krótkim rękawkiem spodziewając się, że z każdą godzina będzie chłodniej. A w końcówce po zmroku nawet zimno. 
 Obtarte pachy wysmarowałem maścią ochroną, a do butów nawet nie zaglądałem;( Bo czułem pod prawa stopą piekącego mega pęcherza. W tym upale stopy nabrzmiały i nawet gdyby buty były jeszcze większe niż normalnie o numer to byłyby w sam raz;) Zaraz za Blizanowem zdublował mnie Verdi, który biegł już ostatnią pętlę. Ale nie minął mnie bez słowa. Opowiedział o swoim kryzysie. O tym jak odbudował się. Zapytał ile mi jeszcze zostało. Powiedziałem, że raczej tym razem setki nie zrobię, bo nie zmieszczę się w limicie czasu. Wtedy zasugerował, że limit można nieco przekroczyć, a najważniejsze to pokonać dystans. Zerknąłem na zegarek i uświadomiłem sobie, że jeśli się pospieszę to faktycznie może wypyszczą mnie jeszcze na ostatnia pętle! Kiedy pobiegł dalej odebrałem telefon od żony: "Wiem, że nie masz teraz głowy, bo biegniesz. Ale krótko: naprawdę Cię podziwiam! i wierzę, że dasz radę przebiec tyle i postanowiłeś. Trzymaj się, a my trzymamy za Ciebie kciuki" Od tej pory dostałem kopa i w głowie miałem tylko jedną myśl: skoro Waldek się odbudował po kryzysie pewnie i ja mogę! Muszę tylko się spieszyć! Przedostatnią pętlę robiłem myśląc tylko jeszcze ostatnie piętnaście kilometrów i będę miał stówę! Nawet nie czułem bąbla na stopie i obtartych pach;) Trochę tylko zdziwiłem się na głównej drodze w Blizanowie przed osiemdziesiątym piątym kilometrem(moim), kiedy zobaczyłem starszego Gościa, Którego wcześniej mijałem w Jarantowie!!!! Co jest grane! Jakim cudem! Więc mijając Go pytam: "Panie k.... a skąd Pan tu się wziąłeś?!?!" On na to : "no dobra, dobra ja tylko robię siedemdziesiąt kilometrów, a mam siedemdziesiąt siedem lat" Machnąłem ręką i zdążyłem tylko odkrzyknąć, że uczciwość obowiązuje w każdym wieku, a nas ludzi dojrzałych zwłaszcza. Na "bazie" blizanowskiej butelka w rękę i pytanie mogę lecieć dalej??? "Więcej  biegniesz, czy maszerujesz"? Biegnę!! To leć! Ostatnia piętnastka w "egipskich ciemnościach" i świdrująca myśl: setkę będę miał na pewno! Ale może jeszcze jest cień szansy w limicie? W pewnej chwili podjeżdża jeden z organizatorów. Mówię więc: śpieszę się jak mogę!!! "Dobra spokojnie, wszystko okey, za Tobą jest jeszcze jeden. Chcesz banana?" Nie dzięki! Już nic nie chcę. chcę tylko stanąć na mecie! Od tej pory kalkuluję jeszcze: Ktoś jest za mną, żeby tylko kurcze nie minął mnie przed sama metą;) Na agrafce w Brudzewie powinienem widzieć ile ma starty do mnie. Chyba nie zrobi zmyłki i na koniec nie skręci w kierunku mety przed agrafką?? O tym samym pomyślał chyba Org, bo patrzę, a jego auto stoi na końcu agrafki;) Ostatnia piątka! w ciemnościach nie widzę mimo podświetlenia godziny! Może się uda! Podbieg, patrol z drogówki i główna blizanowska to lecę jak na skrzydłach i nawet przychodzi mi do głowy, że tak w sumie gdyby przyszło to mógłbym na kolejną piętnastkę jeszcze wyruszyć. Upragniona meta! Zrobiłem po raz trzeci stówkę! Nie dałem się wyprzedzić! Zresztą nawet gdyby co tam! A czas? 12:43:59 O dwie minuty gorzej niż poprzednio i dziesięć minut mniej niż w debiucie. Jest przy kresce Darek z Verdim. Zamiast odpoczywać, bo machnęli ten dystans w niebotycznych czasach przyszli mnie witać na mecie i gratulować! Niesamowite chłopaki! Dziękuję:) Nagle słyszę: "mam dla pana złą wiadomość -zabrakło medali, ale doślemy pocztą" Co tam poczekam;) Nic nie jest w stanie zmącić mojej radości:)
Dla Ścigantów. Tych najlepszych Ultrasów. Których podziwiam, bo robią setkę w siedem, osiem, czy nawet dziesięć godzin to pewnie śmieszne;) 
Ale bardzo się cieszę, że mogłem całą stówkę ofiarować Mojemu Kumplowi Kubie, który już dziś pojechał na operacje do CZD.
Jestem bardzo szczęśliwy, że dzięki łasce od Boga i wsparciu życzliwych ludzi mogłem po raz kolejny pokonać samego siebie:) Kiedy wydawało się, że przegrałem udało mi się  podnieść i to nawet nie z kolan, ale z samego dna. Ostatnie dwie pętle pokonałem szybciej nie tylko niż czwartą, ale nawet trzecią! Gdyby nie ta droga przez mekkę na czwartym okrążeniu byłaby życiówka i czas limicie. Zabrakło czternastu minut! Ale tym się absolutnie nie przejmuję!! Walczyłem i uważam, że wygrałem, choć w rywalizacji sportowej ;) poległem;) 
Nie mogę tylko zrozumieć jak starszy facet może próbować oszukać samego siebie? Jak może spojrzeć sobie w lustrze przy goleniu w oczy? Co z tego, że zapiszą Mu 70km? Oszuka znajomych, najbliższych, organizatorów, ale sumienia w głębi duszy chyba nie da rady??? Żeby to jeszcze młody łebek co chce zaimponować, ale stary dojrzały facet... Wstyd! Z racji wieku również mi wstyd za Niego:(

Za metą kiedy emocje opadły przypomniał się piekący bąbel;) i zmęczenie dało o sobie znać. Zatelefonowałem oczywiście zaraz do Kuby, że daliśmy radę! Podziękowałem za wsparcie duchowe i ściskanie kciuków:) 
Potem posiłek od organizatora: gigantyczny kawał  kiełbasy na gorąco, kaszanka, buła i gorąca herbata! Następnie prysznic, zakończenie imprezy dekoracje, pakowanie i powrót tym razem tego samego dnia. Podziwiam Darka i serdecznie dziękuje za bezpieczny transport w obie strony:)

Straty i urazy odniesione w walce: całkowicie zużyte dwie pary skarpetek he,he... wylądowały od razu w koszu;) jeden bąbel pod prawą stopą. W niedziele czułem się okey! Trochę bolały mnie uda zwłaszcza na schodach;) Dziś mięśnie, stawy, samopoczucie oki, jedynie pęcherz piecze, ale jakby pod koniec dnia mniej, więc widać światełko w tunelu. Na początku napisałem, że mam już dosyć długich dystansów i w ogóle  biegania he,he... tak było przez chwilę;)

Zresztą w najbliższą sobotę obchodzimy mały jubileusz. Pięciolecie Sobotnich Spotkań Biegowych na Bialskiej  więc nie wypada nie biegać;)
    z archiwum


Szukaj na tym blogu:

Translator

"...łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną, a ziemią..." Rdz.9,13